RECENZJE

Grimes
Art Angels

2015, 4AD 6.0

Jakub Wencel: Nigdy nie byłem pod wielkim wrażeniem tego, co nagrywa Grimes – w leniwych, zamglonych, dream-popowych kompozycjach, jakie dominowały na jej dwóch pierwszych płytach, zawsze czuć było pewną sztuczność, wymuszone środowiskowymi modami podpinanie się pod powracającą modę na bedroom music i lo-fi. Równie poprawne, co w niewielkim stopniu oryginalne i nieukrywalnie bezpieczne.

Tym bardziej jestem zaskoczony Art Angels, bo to być może jedna z najlepszych popowych płyt, jakie słyszałem w tym roku (nawet jeżeli nie słyszałem ich za wiele). Już zwiastujące ją "Realiti" – rozpięte gdzieś pomiędzy Opus III a Sky Ferreirą – zapowiadało poluzowanie stylistycznych barier, ale nikt chyba nie spodziewał się, że słuchanie efektu końcowego w takim stopniu przypominało będzie scrollowanie właściwie całego dorobku muzyki pop zgromadzonego przez ostatnie dwadzieścia kilka lat. Czego tu nie ma – wczesny pop lat 90. od Madonny i wczesnej Kylie Minogue, Junior Senior, radiowe indie sprzed dekady spod znaku The Long Blondes, Inner City i Detroit-house, cloud-rap, a wszystko zaskakująco szczere i niewymuszone, bez zbędnego śmieszkowania czy silenia się na post-internetowe konteksty w duchu PC Music.

Tak więc gorąco polecam wszystkim fanom, "sam jestem wielkim fanem".

Tomasz Skowyra: Po całej aferze z "Go" i pozbyciu się materiału na kolejny krążek ulubienica indie pismaków powraca z Art Angels. Już pilotujące single pokazały, że Claire Boucher zdecydowanie bardziej otworzyła się na przystępniejszą, bardziej popową formę piosenki, co, trzeba przyznać, wyszło jej na dobre. Poprzedni longplay Visions był nieuporządkowaną, niespójną i zdecydowanie przecenianą mieszaniną wszelkich trendów panujących wówczas w realiach "alternatywnej" muzyki. Tym razem jest lepiej, ale wciąż nie znika problem, jaki mam z Kanadyjką. Otóż pojawiła się pewna hierarchia: są tacy, dla których Miley Cyrus wciąż jest synonimem złego smaku, dlatego szukają ukojenia w melancholijnym retro-popie Lany Del Rey, ale są też tacy, dla których Miley jest zupełnie skreślona, ale Lana również pozostaje w ich oczach zaledwie produktem, zatem dopiero Grimes stanowi dla nich "dobry pop" nieskażony sztucznością czy komercyjnym brudem.

I nie piszę tego w duchu jakiejś hipotezy, bo po prostu już się z tym zetknąłem. Ale to jeszcze nie jest problemem, o który mi chodzi, bo właściwie niczego złego w tym nie ma. Chodzi o to, że Art Angels nie jest ani taki świetny, ani aż tak zły, jak pisze Brent Dicrescenzo. Jasne, znajdę tu fragmenty, które do mnie przemawiają (przytomny "Artangels" , singlowy "REALiTi" czy wielofazowy, iskrzący trance'owym vibe'em "World Princess, Pt. II") , jednak większość cierpi na brak zarówno zapamiętywalnych refrenów, jak i dobrych melodii. W zamian otrzymujemy garść przebrzmiałych, prawie teen-popowych gitar i schematycznych rozwiązań, a koleżance zdarza się też nieco przekombinować (fajnie zapowiadający się "Venus Fly"). Więc w moim odczuciu jest nawet nieźle, ale trochę brakuje do granicy 6.0, dlatego z tegorocznego popu na razie stawiam raczej na Risso, a nie na Grimes.

Michał Hantke: Nie byłem i po tym, co usłyszałem na Art Angels, konsekwentnie nie będę sympatykiem Claire Boucher. Kierunek obrany na nowej płycie pozornie odświeża jej dotychczasowy dorobek, ale tak po prawdzie ciągle jest to dla mnie wyzuta z konkretów kolekcja empetrójek. Występują tu błyskotki, które różnicują te 49 min., i niby słychać od początku, że album jest dopracowany i nastawiony na progres. Progres, owszem, jest – malutki, ale jest. To najlepsza płyta Grimes. Ciągle jednak przeciętna. Nie miałem żadnych przemyśleń i nic mnie nie zainspirowało do napisania czegokolwiek o tym albumie przez dobry tydzień – w pewnym momencie się zbulwersowałem i zniesmaczyłem wielce swoim szukaniem całego w dziurze: hej, tu nic nie ma! Art Angels to dzieło zwykłe, za słabe. Nie mam nic do bab, ALE Grimes to najsłabsze ogniwo Lab Synthèse. Nie wracajmy do tego.

Iwona Czekirda: Nie czekałam na Art Angels. Po pierwsze, wkurzał mnie ten napompowany feminizm Boucher – dziewczyna zbiła kapitał na mocno eksponowanym "słodkim" wizerunku, po czym dość dziecinnie zareagowała, gdy trzeba było się zmierzyć z drugą stroną medalu ("nie chcę musieć zatrudniać ochroniarza", "nie chcę, żeby ktoś mnie określał mianem infantylnej", chcę, żeby świat się zmienił, teraz, dla mnie). Po drugie, po pierwsze – z muzyką bywało różnie. Wprawdzie Grimes kolekcjonowała fascynujące zajawki, ale ich łączenie odbiegało od moich oczekiwań estetycznych. Dochodziły do tego dość bezbarwne melodie. Nie zostawało w tym zbyt wiele dla mnie. Wtem, po trzech latach przerwy, w trakcie których Boucher podpisała kontrakt z Roc Nation, firmą managerską Jaya-Z, otrzymujemy niemal ordynarny mainstreamowy sentyment ewokujący najfajniejsze momenty teen popu i eurodance’u. Pastoralny synth-pop spod znaku Zoli Jesus zostaje zepchnięty do roli peryferyjnej. Album rozświetla za to mieszanka fluorescencyjnych inspiracji od Katy Perry (promienna "California" to prawdopodobnie mini hołd dla Amerykanki) przez Yelle, M.I.A, po Shakirę i Brit. Grimes, która dotychczas była fantomem tumblra, apologetką wszystkich dziewczyn z nieudaną koloryzacją włosów, niespodziewanie wypełnia się krwią i limfą.

Wśród czternastu indeksów znajdziemy sporo wszystkożernych kompozycji. Moje ucho najpierw zatrzymuje się na takich elektryzujących utworach podszytych francuską elektroniką jak "World Princess Part II" oraz "REALiTI". Przy kolejnym odsłuchu doceniam hegemoniczny tajski rap "SCREAM" oraz w zwrotkach przywodzące mi na myśl "Maneater" zadziorne "Venus Fly" z Janelle Monae na featuringu. Najbardziej czarującą twarzą Art Angels jest jednak reminiscencja teen-popu, która bynajmniej nie brzmi tu outsidersko. Weźmy śliczne, figlarne "Flesh Without Blood". Czy to na pewno nie jest piosenka Ashlee Simpson? Znowu niewinne "Belly Of The Beat", w którym zupełnie z kapelusza pojawia się ujmująca lekka melodia w prechorusie. Pewnie mogłoby wyjść w 2004 z tagiem Hilary Duff. W "Life In A Vivid Dream" Grimes udowadnia też, że nieźle radzi sobie z mainstreamową, najbardziej konwencjonalnie prowadzoną balladą.

Największym "plastikowym mieczem" albumu jest niedbałość trzech środkowych kawałków. "Artangels" i "Easily" to niestety fillery. Ubolewam również nad zmarnowanym potencjałem "Pin" – tutaj banalność akordów gitary rodem z wydawnictw Pink bierze górę nad całością piosenki.

Jeżeli cokolwiek, to nie teksty, czy manifesty Claire stanowią oręż Kanadyjki przeciwko mizoginizmowi – jest nim właśnie typowo męska przekompresowana produkcja. Grimes nie stara się polerować dźwięku, wręcz odwrotnie, progresywnie diploizuje swój materiał – weźmy drop w "Venus Fly" czy cięższe aranżacje w trochę ladygagowym "Kill V. Maim". Oczywiście może to szokować starych miłośników Claire. Umówmy się też, że kapiące spuścizną Jima Beanza piosenki nijak odwołują się do totemu 4AD. Podobnie jak Miley Cyrus, Boucher daje nam do zrozumienia – "jestem na tyle mocna, że, niezależnie od wymagań fanów, mogę realizować się w sposób, który to mnie się podoba". Niedoskonałe, ale przynoszące sporo frajdy, bezkompromisowe Art Angels sprawia, że będę na nowo interesować się poczynaniami Grimes. Dziewczyna jest w mojej drużynie, dołączamy do jakiegoś memowego post-zakonu, który jutro przestanie istnieć, przybijamy piątkę, elo!

Redakcja Porcys    
1 grudnia 2015
BIEŻĄCE
Young MarcoBahasa
DucktailsWatercolors