RECENZJE

Grandaddy
Sumday

2003, V2 6.6

Elo. Przedstawić wam chciałem Greka. Grek jest jednym z kilku moich najbliższych kolegów, ziomali, kumpli, z którymi spędzam regularnie czas. Jest na tyle niepospolitą i osobliwą postacią, że sportretowanie go w jednym akapicie graniczy z niemożliwością. Ale spróbujmy. Nie ma już takich ludzi. Wiem to. Grek pójdzie do nieba. Ma idealistyczne podejście do świata. Irytują go imprezy, więc nie spotkacie go ani w Wektorze, ani na domówce. Woli przy zasłoniętych firankach posłuchać Low czy Built To Spill. Z niesmakiem odwraca głowę na widok "dresiar" (czytaj: hojnie umalowanych dziewcząt bez ogródek demonstrujących swą seksualność), którymi to zwyczajnie gardzi. Nie ma i nie będzie miał nigdy komórki (o, skąd ja to znam?), bo "nie ma komórek". To, jak gra w nogę, to poezja i nie życzę nigdy nikomu występu w przeciwnej drużynie. Last, but not least, jego poczucie humoru należy do najbardziej unikatowych i abstrakcyjnych, z jakimi się zetknąłem. I mimo wszelkich swoich wad, w pewnym sensie jest to jeden z "ostatnich mohikanów" ludzkości. Przebywając w jego towarzystwie doznaję uczucia wewnętrznego wzbogacenia, nie mylić ze wzbogaceniem duchowym, bo to zupełnie co innego.

Gość jest zatem wcieleniem emocjonalnej łagodności i surowej obyczajowości, zupełnie jak jeden z jego najukochańszych zespołów, Grandaddy. Na ile istotne są tutaj te dwie pierwsze literki trudno powiedzieć. Ale słuchając Grandaddy będziecie mieli najlepsze wyobrażenie o Greku, bo to niemal jego dźwiękowe odzwierciedlenie. (Zresztą, bawimy się w typowanie ulubionego utworu Greka na poszczególnych dyskach i zwykle trafiamy bez problemu. Ulubiony na You Forgot It In People: "Anthems For A Seventeen Year Old-Girl". Ulubiony na Bee Thousand: "The Goldheart Mountaintop Queen Directory". Najczęściej ulubiony jest najspokojniejszy, najdelikatniejszy. Choć na przekór uwielbia też Hot Hot Heat.) Będąc zatem świadomym faktu, że Grek jest prawdopodobnie największym fanatykiem Grandaddy w Polsce, wpadłem na pomysł jego kontrybuowania w tej recenzji. I zamiast strzępić sobie po raz setny jęzor w trosce o niedoinformowaną polską publiczność, poprosiłem go o kilka słów na temat trzech poprzednich płyt grupy. (A ja najwyżej malutki okrzyk podziwu dorzucę.) Oto co otrzymałem:

"Dobra, postaram się coś napisać, będzie trochę na wyczucie, nie mam zbyt dużo czasu i w ogóle to nie ma mojej ortografii. Mam chyba wszystkie wady świata, ha ha, bardzo śmieszne: dysgrafia, dyslekcja, dysortografia, dyscośtam, dyswszystko, wiec po prostu nie zwracaj uwagi i nie wymagaj ode mnie zbyt wiele, naprawdę".

Hahahaa. Genialne! A nie mówiłem?! Przejdźmy więc do rzeczy:

"A Pretty Mess By This One Band. 1995. Debiut Grandaddy i już wiadomo, że to wyjątkowa grupa. Być może kompozycje nie są jeszcze całkiem dopracowane i widać, że chłopaki dopiero szukają swojego stylu, ale już udało im się osiągnąć to wyjątkowe, oryginalne brzmienie, które czyni ich utwory rozpoznawalnymi. Produkcja nie jest idealna, ale przez to tworzy się dodatkowy klimat tak zwanego 'niezal-grania'".

Od siebie może dodam, że całkiem możliwe, iż Grek jako jedyny nad Wisłą posiada oryginalny egzemplarz tego niskonakładowego zdaje się mini-albumu (siedem kawałków, dwadzieścia trzy minuty). Materiał obejmuje sporą szerokość stylistyczną, od akustycznych para-ballad ("Geatle Spike Resort"), przez eksperymentujące impresje lo-fi ("Peeano"), po ostrzejsze quasi-rockerskie wymiatacze ("Kim You Bore Me To Death", "Pre-Merced"). Jak na takich gówniarzy to brzmi niczym zapowiedź wielkiej formacji, serio.

"Under The Western Freeway. 1997. To prawdziwe arcydzieło. Tak jak na A Pretty Mess poszczególne utwory sprawiały wrażenie nie do końca spójnych, tak tu wszystko jest dokładnie przemyślane i wyważone. Kompozycje bogate w różnego rodzaju smaczki brzmieniowe idealnie wypełniające przestrzeń, a melodie niepowtarzalne. Żadnego szpanerstwa czy zrzynki, Grandaddy są naturalni i szczerzy. A zresztą. Przecież nie to jest dla mnie najważniejsze gdy słucham tej płyty. Nie będzie żadnej analizy, tylko emocje. Dlatego "może jestem nienormalny, za krótko byłem w wojsku", ale po prostu wzruszam się, gdy koleś (Jason Lytle) śpiewa: 'I took your advice / Turned my cable off / You said you'd do it too / How come you never call'. Aha, pisałem coś o naturalności i szczerości: 'Join me in the sun / But not really though / 'Cause I ain't having fun / 'Cause summer here kids / Summer here totally lies'. Hehe, koleś przemyślał sprawę i zmienił zdanie. Jest to jedna z płyt które kocham i przy których nic, naprawdę nic oprócz muzyki mnie nie obchodzi".

Niewiele da się dodać, poza tym, że jeśli tkliwy głos a la Neil Young, eteryczny klimacik wieczornej plaży i alternatywna klawiszowo-gitarowa produkcja was mierżą, to nie podzielicie entuzjazmu Greka. Choć racja, Western Freeway to rewelacyjny album, w zasadzie pozbawiona wypełniaczy kolekcja piosenek tak intymnych i kameralnych w swej wymowie i zarazem tak nośnych w przekazie, że nie lubić ich jest grzechem. W roku, w którym Björk przełamywała stereotypy o hybrydzie "techno-poważki", a Radiohead wydali jedno z dwóch dzieł dekady, Grandaddy pozyskali sobie fanów Americany, zatopionych w żalu i miłosnych rozczarowaniach nastolatków. Stali się "jednym z najlepszych zespołów, których nikt nie słyszał".

"The Sophtware Slump. 2000. Potwierdzenie, że wielkość Grandaddy wynika przede wszystkim z talentu songwriterskiego. Weźmy taki opener, 'He's Simple, He's Dumb, He's The Pilot'. W mojej ocenie to jeden z najlepszych utworów, jakie kiedykolwiek nagrali. 'Jed The Humanoid' to utwór opowiadający o śmierci (mogę się tego tylko domyślać, ale wydaje mi się) jednego z bliskich znajomych zespołu. Zresztą wskazywałby na to 'Jed's Other Poem (Beautiful Ground)', z wierszem tajemniczego Jeda. Mam do Grandaddy sentyment. Być może wynika on z tego samego rodzaju wrażliwości, podobnego gustu muzycznego, nie wiem. Ale abstrahując od uczuć, to dobra płyta. I to powinno wystarczyć".

Cóż, ciekawa interpretacja. Mi bliższa jest wykładnia Jeda jako fikcyjnego bohatera płyty poświęconej technologii i zagrożeniom, jakie niesie za sobą postępująca komputeryzacja życia. Lytle przerażony prędkością tych zmian zadał w tekstach wstrząsające pytanie o to, jakie jest miejsce człowieka w świecie zautomatyzowanym. Przyprawiając adekwatnie dźwiękowo studium humanizmu u progu nowego wieku (te cyfrowe arpeggia imitujące pracę mechanicznego laboratorium w "The Crystal Lake", notabene świetnym numerze), zespół zbliżył się swym milczącym-jękiem-rozpaczy-z-lotu-ptaka do paranoi Ok Computer, choć później kwintet wielokrotnie zaprzeczał tej jakże widocznej inspiracji. Dla jednych zaledwie zestaw wspaniałych pieśni ("Hewlett's Daughter", "Underneath The Weeping Willow"), dla drugich futurystyczna przepowiednia zanurzona w tęsknocie za bezpowrotną, dziewiczą naturą ("Should never left / The crystal lake / For parties full / Of folks who flake"), Slump było trudniejsze w odbiorze niż Freeway, ale przy wnikliwszej percepcji jawiło się jako istotny aktualny komentarz, sprawiający wręcz ból precyzją i strzępkami nadziei. No i książeczka, pełna zdjęć zmiażdżonych, sponiewieranych klawiatur. Tego się nie gubi.

Tyle tytułem przypomnienia tej naprawdę ważnej kapelki. Po trzech latach Grandaddy wydali nowy krążek Sumday, otrzymałem egzemplarz i w trakcie przesłuchania jak zwykle zadawałem sobie pytanie: czy można go logicznie umiejscowić obok poprzednich? Akurat w tym przypadku odpowiedź jest podwójna i podwójnie niejasna. Inicjalnie Sumday jest rozczarowaniem, gdyż nie tylko dokumentuje stagnację stylistyczną formacji, ale i regres pisarski. Niby więc Lytle się wypalił, skończył jako autor, stać go co najwyżej na powielanie zużytych schematów. Ani jeden, literalnie, fragment albumu nie zaskakuje na żadnej płaszczyźnie, ani jedno plastikowe brzmienie rodem z popowych aranżacji środkowego Electric Light Orchestra nie wywołuje pląsów. Odnosząc matematycznie Sumday do Sophtware Slump, wygląda on jak krok wstecz. I już przy "Now It's On", inaugurującym czterema "click" tę nostalgiczną podróż w przeszłość, łatwo mimo przyzwoitej melodii stracić wszelką nadzieję.

Ale tajemnica Sumday, dla której odkrycia należałoby spędzić z albumem co najmniej przysłowiowych siedem przesłuchań, zawiera się w dość skutecznej ekstrakcji pierwiastków tego rozpoznawalnego, wspomnianego wyżej przez Greka stylu Grandaddy. Nacechowany literacko-formalnym eksperymentem Slump, czy wyraźnie zakorzeniony w tradycji lo-fi Freeway nie mogą spełniać tej jednej roli, która Sumday została przypisana na starcie: roli jednostkowego, materialnego ekwiwalentu tak abstrakcyjnego pojęcia, jak "styl". Jeśli ktoś zupełnie niewtajemniczony w meandry niezal-rockowej sceny poprosiłby mnie o prezentację "stylu Grandaddy", to z pełną odpowiedzialnością sięgnąłbym po z wierzchu nijakie i powielone, a w rzeczywistości zredukowane do minimum obejmującego swoisty "styl" kawałki z Sumday. Na dobrą sprawę nie ma tu nic więcej; ot granie Grandaddy, ale po głębszym zastanowieniu takiej rzeczy nie nagrałby dziś nikt inny, co mówię z pełną świadomością, żadne Sparklehorse, żadne Delgados. I z grubsza właśnie ten jeden fakt broni Sumday przed krytyką.

Bo to wcale nieoczywista umiejętność, nagrać płytę zasadniczo "swoją", bez słabszego momentu, równą, wypolerowaną, budzącą więcej skojarzeń z własnymi dokonaniami, niż osiągnięciami wielkich inspiratorów. Esencja Grandaddy jest tu, czy chwycimy za rurowe (brzęk rodem ze Slump) "The Group Who Could't Say", o wejściu wokalu ściągniętym z "She Loves You", czy za trójdzielną fortepianówkę "Saddest Vacant Lot In All The World", czy wreszcie za ślamazarny, miękki rock "I'm On The Standby". Progresja w środku "Yeah Is What We Had" kojarzy się z Marillion, jedną z najbardziej niedocenionych w niezal-środowisku kapelek (Misplaced Childhood, anyone?), pewnie z powodu swojej domniemanej artowości, jakby ludzie zapomnieli o popowych walorach. Słowa "good is what we understood" mógł zaśpiewać tylko Jason Lytle, facet kreujący w swoich tekstach całkowicie hermetyczny, a równocześnie odkrywczo uniwersalny układ odniesienia, posiłkując się pokrewieństwem z przyrodą, symbolem ucieczki. Błękitna oprawa dopełnia całości. Sumday to solidna i pełna na każdym froncie płyta, dowód na niezastąpione miejsce Grandaddy w kanonie niezal-bandów. I myślę sobie, że jutro zanoszę ją Grekowi. A, właśnie, jestem wam coś winien:

"Ok stary, po przeczytaniu widzę, ze tak sobie mi to wyszło, ale cóż, sam chciałeś. Lecę, nara".

Borys Dejnarowicz    
7 sierpnia 2003
BIEŻĄCE
Young MarcoBahasa
DucktailsWatercolors