RECENZJE

Grandaddy
Just Like The Fambly Cat

2006, V2 5.9

Nie wiem czy ja dobrze słyszę, ale Grandaddy domknęli interes unikając tak zwanego słabego momentu. Cholera. Po mocnym ale nie wymiatającym Sumday chyba nikt nie spodziewał się drugiej (a może trzeciej?) ósemkowej płyty w karierze zespołu, już prędzej antycypowano mdłą dawkę popłuczyn po wszystkim co Lytle i spółka wykombinowali od 1992 roku począwszy. Mając w rękach Just Like The Fambly Cat rzeczywiście trudno jest posądzać grupę o wywinięcie stylistycznego kozła, to wszystko już – w mniejszym czy większym stopniu – było, i spacy klawisze, i rozpoznawalny na milę, weezerowaty przester gitary kontrastującej z misiowatym wokalem, i odwoływanie się do pór roku (najchętniej lata oczywiście) czy też dzieci. Nie przestał funkcjonować nochal Lytle'a, bezbłędnie prowadzący go w co czulsze sercowe rejony. Ho ho, to właśnie te zony są na celowniku, jeśli jeszcze nie wiecie, i trudno się dać zwieść, że jest inaczej, nawet gdy Kalifornijczycy groźnie pohulają sobie wspomnianym przesterem.

Prawdę powiedzą wam hooki – melancholijne na wskroś, proste i dobre. Lubicie Grandaddy i nie lubicie popu? Gówno prawda, kochacie pop! Bardziej wysumblimowany i bez wilgotnego cyca na ekranie, ale u podstawy, w swej prostocie – ten samiutki. Just Like The Fambly Cat to nie ekstrawaganckie, ale profesorsko solidne popowisko, z klasą. Wszystko ogarnięte, zero przypadku, luzik człowieniu. Wiecie moja mama kupiła sobie dziś kurtkę na zimę i szczerze mówiąc wygląda w niej trochę jak Napoleon świeżo po Austerlitz, te guziki i kołnierz i w ogóle. Jest w tym jednak coś dostojnego, heh, i o to cho! Ten milusi album teoretycznie również łatwo mógłby się nadawać do szafy z gratami, ale jak widać – a widać, choć nie powołuję się na żadne konkretne przykłady – Gral nie opuścił Grandaddy aż do śmierci. Żal jej w ogóle, ale cóż..

Jędrzej Michalak    
17 października 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie