RECENZJE

Graham Coxon
Happiness In Magazines

2004, Parlophone 5.2

Przede wszystkim należy się wyjaśnienie: ja jestem fanem Blur. Zeszłoroczne oświadczenie w tej sprawie zrzucam na karb zaćmienia, nieodpowiedzialności, no i braku doświadczenia. Stuprocentowe docenianie dokonań zespołu akurat w moim przypadku na szczęście nie kłóci się z trzeźwym patrzeniem na solowe poczynania jego (byłego, byłego, eh) gitarzysty. Tak naprawdę bardziej niż kalam to zamroczenie idących w tysiące wyznawców (a przede wszystkim wyznawczyń) Coxonizmu, staram się je zrozumieć. I wiecie co, udaje mi się. Szarpiący się niestrudzenie z życiem okularnik jest bowiem rzeczywiście cool. Słowo to trafia w sedno zarówno kiedy gość grzmoci wiosłem, jak i gdy wyznaje, że nie wierzy w miłość. Albo gdy zdziera sobie gardło karkołomną wokalizą lub napierdala w gary. Przytłoczeni niezaprzeczalną charyzmą św. Grahama fani nie przyuważą, że nie każdy riff raczy się wyróżniać spośród pół miliarda tych dotąd wynalezionych, zaś spięciom utworów dość daleko od spontaniczności. W sumie świadomość tych faktów do życia potrzebna nikomu nie jest; wręcz przeciwnie: bez niej jest łatwiej.

Jeśli odważymy się jednak na obiektywizm, to trzeba zwrócić uwagę, że Happiness In Magazines jest maluczkim krokiem w tył (oceniając The Kiss Of Morning niepotrzebnie na paru punktach oszczędziłem). I to pomimo powrotu do częstszego, orzeźwiającego oblewania słuchacza wiadrami gitarowych pomyj. Problemem nie jest zatem zbyt niedosłowna estetyka, a raczej to, że Coxon nie bardzo ma co w nią ubrać. Z płyty na płytę coraz mniej, obawiam się. Piosenki bardziej niż interesującym wiosłowaniem akcentują bossostwo autora środkami zastępczymi, takimi jak: niechlujstwo, feeling wokalu, a w najlepszym wypadku tekst. I zwykle kawałki są w stanie wybić się na tych patentach ponad dolne sfery przeciętności. Lecz bywają i niedoloty, jak "Girl Done Gone", gdzie pałowani jesteśmy topornie, jakby nie przez kąsającego młodziana, a przez zeżartego rutyną ubeka. Na szczęście w trackliście płyty więcej utworów przyjemnych, jak "Bittersweet Bundle Of Misery", gdzie nasz bohater grasuje z lekkością baletnicy, albo jak singlowy "I'm Freakin' Out", dorównujący masą (i niemal sprawnością) czołgom T 34. W jakimkolwiek by nie był przebraniu, przewrotny Coxon ma ciągle coś do powiedzenia. I choć coraz trudniej wysnuć z tych wywodów jakieś świeże wnioski, to przecież niektóre prawdy warto sobie co jakiś czas przypominać.

Jędrzej Michalak    
15 września 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie