RECENZJE

Gorillaz
Gorillaz

2001, Virgin 3.8

Dobra, nie będę owijał w bawełnę i delikatnie podjeżdżał niejakich Gorillaz. Nadęta popularność. Świetny przykład na to, jak wielkie koncerny potrafią zrobić ludziom z głowy jajo. Od kiedy wyszła płyta Gorillaz, wszyscy z jajem pop#!@%$!%.

Mamy tu do czynienia z płytą popową. Płytą równie ciekawą, ekscytującą i rozrywkową, co kolorowy piórnik na biurku czternastolatka. Po pierwszym przesłuchaniu, z lewej strony, w głowie, w okolicach części mózgowia odpowiedzialnych za wrażenia słuchowe poczułem jakiś niepokojący impuls. Po drugim okazało się, że to rodzące się żółtko, które zaczyna rosnąć. Myśląc, że to jeden z tych niecodziennych przypadków, który raz w życiu każdego człowieka spotyka, zapuściłem się w płytkę po raz trzeci. Żółtko rosło, a na dodatek przestrzeń w mojej czaszce zaczął wypełniać jakiś galaretowaty płyn. Ej! Co jest grane?! Zaczyna mi się nie podobać. Miałem pisać recenzję, a tu mi się jakiś kibel z głowy robi.

Dobra nie ma co się zastanawiać, tylko trzeba się skupić się na recenzji, bo znowu nie zdążę jej napisać i będzie płacz i zgrzytanie zębów. Który to już raz słucham tych fikołków? Chyba czwarty. Do diaska, to nieprzyjemne chlapanie doskwiera coraz mocniej. Ale słucham, słucham, a górna część kopuły pnie się w górę, co uświadamiam sobie dopiero w momencie, w którym słuchawki nie mieszczą mi się tam gdzie powinny się mieścić! Po piątej i szóstej konfrontacji, z niemałym zdziwieniem stwierdzam, że mój baniak tylko jakiś łowca fenomenów przyrodniczych mógłby nazwać głową. Norrrrrmalne jajo!! Wielkości tułowia. No tak, jadę do szpitala. "Fakty", "Nie Do Wiary", "Wybacz Mi", "Big Brother", Gorillaz. Nie! Nieeeeeeeeee...

Budzę się. Gdzie jestem – szpital, dom? Dom. Zamiast skorupki – włosy. Oov. Jest dobrze. Przypominam sobie o recenzji, którą trzeba skończyć. A właściwie zacząć. Odtwarzacza z gorylami już nie odpalam. Nie będę ryzykował. Lecę z pamięci:...................................... Oops. Ciężko będzie. To dlatego, że żaden kawałek nie zapada wyraźnie w pamięć. Płytka jest na dużym luzie, bez ciśnienia. I takie są też jej poszczególne odsłony. Hip-popowy Blur. Bez żadnych aspiracji, wtórny, tapetowy. Zastanawia mnie czy ich ogromny sukces komercyjny jest zasługą dobrych teledysków czy raczej tego, że masy kochają przeciętność. Pewnie wszystkiego po trochu.

Obecność Automatora, DJa znanego między innymi z uczestnictwa w projekcie Dr. Octagon, nie owocuje żadnymi mistrzowskimi podkładami, choć na pewno budzi pewne nadzieje przed zapoznaniem się z materiałem. Ale mimo to, to właśnie hip-hop jest tu najmocniejszym pierwiastkiem i w momentach, w których jest uwypuklony, album podoba mi się najbardziej. "Rock The House" jest tego najlepszym przykładem. Oprócz tego warty wyróżnienia jest również koncept graficzny całej płyty i towarzyszące mu clipy.

Generalnie to taka nieciekawa mozaika, trochę niechlujna, ale zrobiona z lekkim przymrużeniem oka, które do mnie trafiło. To lekkie "oczko", to niestety za mało aby dostarczyć mi niezwykłych wrażeń muzycznych i pozostawić pozytywne wrażenie. Bardziej nasuwa mi się myśl, że za kilka lat nikt już o tym nie będzie pamiętał, bo to taka sezonowa maskotka. No, ale koniec końców nie jest beznadziejnie. Gdyby tylko nie to jajko... A może to był sen? Sam nie wiem. Próbować ponownie nie mam ochoty. Może raz kiedyś... W końcu po pierwszym razie rodzi się tylko żółtko.

Krzysztof Zakrocki    
22 kwietnia 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie