RECENZJE

Gorillaz
G-Sides

2002, Parlophone 2.5

No i co ja mam do cholery o tej płycie napisać? Naprawdę w życiu tak długo nie zastanawiałem się nad sposobem opisania albumu. Powód? Na G-Sides nie ma nic, ale to absolutnie nic ciekawego. Nic, o czym można by coś interesującego napisać. Ta płyta nie jest nawet aż taka zła, by efektownie się po niej z wszystkich stron poprzejeżdżać. Gorylom wyszedł album charakteryzujący się jakością czegoś pomiędzy średniakiem z kilkoma miłymi chwilami, a ostatnim Niemenem. Nawet specjalna porcysowa machina (opracowana w laboratorium Borysa – patrz recenzja Teenage Fanclub & Jad Fair) nie sprostała napisaniu recenzji tego albumu, odrzucając error nr 440: No bloody idea what to say about this CD.

No cóż, może jednak spróbuję. No więc album Gorillaz pod tytułem G-Sides składa się z b-side'ów singli, ze skróconych wersji kawałków z debiutu kapeli oraz z remixów. Na deser są jeszcze dwa bardzo dobre teledyski, o nich jednak na koniec. W sumie utworów jest dziesięć, wszystkie mają koło czterech minut, wszystkie są popową (tak!) mieszanką kilku stylów na raz.

Mnie osobiście najbardziej irytuje właśnie to miksowanie wszystkiego z wszystkim. Łączenie Busta Rhymes z Monty Pythonem nie wychodzi Gorillaz w ogóle; grupa osiąga wyniki niższe od tych otrzymanych po podzieleniu tego pierwszego przez to drugie. Niestety sytuacja wygląda dokładnie tak samo z zabawami z innymi gatunkami muzycznymi. Jak to lubi powtarzać moja chemica (szczególnie, gdy właśnie ja rozwiązuję zadanie przy tablicy): "No i do barszczu z uszkami dodałeś właśnie majonezu". Taki właśnie przysmak przyrządzili nam Gorillaz. Z tą różnicą, że ja siadam na miejsce z pałą w dzienniku, a ich podziwia cały jak okiem sięgnąć muzyczny świat.

Mixy na płycie są dwa, jednakże żeby stworzyć z tych kawałków coś przyjemnego, ich autorzy musieliby być geniuszami (czytaj: Future Sound Of London). Ponieważ nie są, poziom tych utworów nie dorównuje nawet pierwowzorom. Czyż to nie straszne?

Jest jednak na tym albumie coś sensownego. Coś, dzięki czemu nie dałem 0.0. Mowa o kilku ledwie chwilach, w których jest całkiem ok. W których to słuchanie sprawia przyjemność. Nie jestem w stanie wskazać konkretnych utworów, gdzie owych momentów jest najwięcej, gdyż ... nie ma takiego. W większości z nich bowiem są bowiem dwie, trzy, ewentualnie cztery sekundy oddalenia, wzlotu. Tragicznie mało, sami przyznacie.

Miało być jeszcze o teledyskach. No więc są na płytce dwa: "Clint Eastwood" oraz "Rock The House". Wszystko wzbogacone jest ciekawym i nawet zabawnym menu. Nie wiem jak wam, ale mi klipy Gorillaz podobają się o wiele bardziej, niż ich muzyka, tak więc umieszczenie ich na G-Sides to pomysł dobry, podnoszący moją ocenę aż o dwa punkty.

Słyszałem opinie, że Gorillaz to "świetna propozycja na imprezę". W życiu! Z dżampy, na której królować miałby jakikolwiek ich album, uciekałbym w podskokach (nawet, gdyby piwo było za darmo!). Jeśli macie ochotę na imprezkę z dobrą muzą, Porcys gorąco Wam poleca Avalanches.

Jędrzej Michalak    
22 maja 2002
BIEŻĄCE
Young MarcoBahasa
DucktailsWatercolors