RECENZJE

Gonjasufi
A Sufi And A Killer

2010, Warp 6.7

ŁK: Zarówno mistyk jak i morderca, doświadczony kalifornijski raper, który zajął się jogą eksploruje na A Sufi And A Killer diametralnie różne strony swojej natury. Album bez zastanowienia przechodzi od medytacyjnych pieśni wznoszonych ku niebiosom ze spalonej ziemi do szalonych, nie baczących na słuchacza skowytów. Spokojny Gonjasufi jest w stanie tworzyć kompletnie świetne utwory jak "Sheep" i "Made" – piękne piosenki (piosenki, że ze śpiewem) głęboko zanurzone w pustynnym kurzu skrzypiącej produkcji, którym towarzyszą sample odsyłające odbiorcę na mistyczny wschód. Ale to nie jest całość wizji Gonjasufiego – on nam tu wstawia też jakieś charczące, waitsowsko-beefheartowskie bluesy ("She Gone", "Ageing"), jakiś rock garażowy ("SuzieQ"), jakiś kolażowy śmietnik wczesnego Becka ("Stardustin'", "DedNd"). To wszystko razem jakoś się trzyma fantastyczną produkcją Gaslamp Killera i Flying Lotus(a?), ale niektóre momenty można łatwiej doceniać jako koncepcyjnie zaskakujące niż szczerze polubić. Szalony, szalenie nierówny album.

JM: Początkowo mój pomysł na niniejsza notatkę polegał na wyłącznie wymienieniu skojarzeń, które przesłuchanie tego albumu przynoszą. Lista jest dosyć imponująca i przynosi zarówno Beach Boys, Avalanches jak i na przykład wczesne WHY?. Ograniczę się w końcu do tych trzech nazw, bo one chyba najlepiej namierzają pozycję Gonjasufiego. No, to teraz mogę strzelać – a są ku temu powody, bo choć zręczność w mieszaniu stylistyk (jeszcze większa niż w przypadku świetnego albumu Bibio z zeszłego roku) przy pierwszym zetknięciu z płytą może zaprzeć dech w piersi (zapierść przech w dechu?), to przy kolejnych odsłuchach szybko przychodzi udławienie brakiem innych walorów. Gość stojący za tym krążkiem jest ponoć profesjonalnym adeptem jogi, ale ani nie pisze ładnych piosenek, ani nie ma specjalnego wyczucia do samplingu, przykro mi. Miewa przebłyski, i tyle tylko. Doceniam zatem Gonjasufiego jako trenera, ale z takimi piłkarzami to polegnie nawet na Łazienkowskiej.

AG: Ja z kolei szukam, gdzie tu dowalić, szukam, i nie znajduję, bo jedyną na wyciągnięcie ręki dziurą w stogu siana jest zarzut, że "pokurwienie jako produkt". Jakbyśmy za wiele mieli tak pięknie i precyzyjnie rozłażących się w szwach płyt w 2010. Rozbraja już samo bossostwo aranżacji przestrzennej (=kolejności) kawałków, które za pierwszym przesłuchaniem ani razu nie pozwala nadać sensu temu, co się dzieje, i co to za styl muzyczny wogle. Głos Gonjasufiego jest cudownie obleśnawy, wtręty orientalne dziwnie na miejscu, pewnie ze względu na rdzeń hip hopowy (z oddali machają "Bollywood Babes" i "Get Ur Freak On"). No i wreszcie bity, utytłane kurzem i paprochami z machiny do podróży w czasie bity Gaslamp Killera, z Flying Lotusem w gościnie. Lista skojarzeń rzeczywiście musi być dośc imponująca, bo pierwsze trzy nazwy, o których pomyślałam ja to: The Doors, Sun City Girls i (strukturalnie) Guided By Voices, a przecież równie dobrze mogłam pomyśleć: Jackson C. Frank, Fat Joe i Black Sabbath.

KFB: Dawno nie słyszałem, żeby ktoś z tak dobrym skutkiem na jednym albumie zmieszał tyle różnych stylistyk (stąd faktycznie skojarzenie z Bibio, mimo że teoretycznie odległe, to w tym aspekcie nie pozostaje mi nic innego jak tylko się przychylić). Sam ten fakt to naprawdę wydarzenie samo w sobie, ale nie byłoby o czym pisać, gdyby te kawałki nie były dobre (albo miejscami nawet i więcej niż dobre). Produkcja produkcją – faktycznie, Flying Lotus i Gaslamp Killer zrobili swoje, chociaż niczego nadzwyczajnego tu nie słyszę – jak dla mnie całości ton nadaje bohater pierwszoplanowy, którego charyzma jogina potrafi udźwignąć naprawdę zauważalne zmiany w obrębie różnych stylów. Gonjasufi dorzuca tu (poza zdrową porcją serca) świetne liryki i niespotykanie świeże pomysły. Tak fajnych odwołań do rocka lat sześćdziesiątych nie spodziewałem się usłyszeć akurat na tym albumie, dlatego tym bardziej się cieszę, ale to tylko jeden z licznych atutów tego wydawnictwa i każdy przy odrobinie dobrej woli może tu znaleźć coś dla siebie.

Jędrzeju, przecież na Łazienkowskiej wygrała ostatnio nawet Odra Wodzisław, więc myślę, że i Gonjasufi z kolegami nie byliby bez szans, bądźmy poważni.

Aleksandra Graczyk     Jędrzej Michalak     Łukasz Konatowicz     Kacper Bartosiak    
7 kwietnia 2010
BIEŻĄCE
Young MarcoBahasa
DucktailsWatercolors