RECENZJE

Goldie
Saturnz Return

1998, Ffrr 7.9

Zacznijmy może od tego, że Goldie jest artystą wyjątkowym. Wiem, słyszeliście już podobne określenia z tysiąc razy. No więc przykro mi, ale tym razem nie jest to frazes. Oto przed wami człowiek, który tworzy muzykę niepodobną do niczego innego. Nie podobną do niczego, co było przed nim. Nie chcę się tutaj kłócić z koneserami elektronicznego grania o to, kto wynalazł styl jungle i tak dalej. Nie chcę, bo wiem, że zaraz jakiś spec wyskoczy z kilkoma tytułami z lat czterdziestych i wtedy dopiero będzie śmiesznie. Mimo to, ogromnie wiele przemawia za tym, że to Goldie był pionierem w tym temacie. I temat ów wyniósł ponad poziom wody. A nawet jeśli się mylę, to przecież właśnie on, a nie kto inny nagrał Timeless, prawda?

Tak więc minęły trzy lata i artysta wydał swój drugi długogrający album. Inny od genialnego debiutu. Prawdę mówiąc, "inny" to bardzo mało powiedziane. Diametralnie inny. Całkowicie odmienny. Różniący się od poprzednika pod każdym względem. Timeless był arcydziełem formy. Chyba nikt wcześniej nie wyraził kilkudziesięciu minut muzyki w sposób tak idealnie, chciałoby się rzec "symetrycznie" skonstruowany. Poszczególne utwory zamieniały się w efekcie w fenomenalny kształt, doskonały od każdej strony. Saturnz Return jest natomiast dziełem wyrosłym z fascynacji eklektyzmem. Dziełem poszukującym, otwierającym nowe korytarze między poszczególnymi gatunkami. Dziełem, a jakże, nowatorskim. Choć nie tak oszałamiającym w swej nowości, jak płyta debiutancka. Najważniejsze zostało powiedziane już wcześniej. Artysta wynalazł swój niepowtarzalny język dźwiękowy. Teraz starał się go wzbogacić, a to za pomocą inkrustacji nowymi elementami stylu. Myślą przewodnią jest tu kontrast. Efektem takiej koncepcji stała się muzyka zachwycająca wielością rozwiązań, niezliczoną liczbą pomysłów i barw. Muzyka czerpiąca z najprzeróżniejszych źródeł, a jednak spójna, i, co najważniejsze, wciąż oryginalna.

Praca nad Saturnz Return musiała być dla Goldiego ogromnym wyzwaniem. Cóż, startować z takiego, niemal z miejsca historycznego pułapu, to rzecz trudna. Powiedziałem: zupełnie inny album. Przede wszystkim, w przeciwieństwie do krystalicznie czystego formalnie Timeless, jest to album dwupłytowy. Aczkolwiek muszę tu natychmiast wyjaśnić, co to oznacza. Doba nośników analogowych zaowocowała mnóstwem wybitnych dzieł składających się z dwóch krążków. Jednak ich łączna długość zwykle pozwala im bez problemu zmieścić się na jednym kompakcie. Generacja cyfrowa umożliwia większą ekstrawagancję. I tak, Goldie zaprezentował na Saturnz Return sto pięćdziesiąt minut muzyki, które podzielone równiutko po połowie, zajęły dwie płyty, podczas gdy w latach siedemdziesiątych potrzebowałyby aż czterech. Trzeba przyznać: przytłaczający czas trwania albumu. Ale, o dziwo, przy odpowiednim poświęceniu ze strony słuchacza, nie nuży on ani przez moment. Przyczynia się temu nie tylko wspomniana różnorodność, ale również bezbłędne rozplanowanie dramaturgii – każdy fragment, jak w układance, zajmuje dokładnie to miejsce, które powinien, co sprawia, że przebrnięcie przez te dwie i pół godziny nie jest męką, ale niekłamaną przyjemnością.

Dysk numer jeden z zestawu zawiera tylko dwa utwory. Pierwszy z nich to ponad godzinny (!) "Mother"; wiele wskazuje, że to pierwsza tego typu kompozycja w historii. Jest to rodzaj symfonii, czy może raczej rozbudowanej suity, opracowanej na brzmienia programowane komputerowo, a także na szesnaście skrzypiec, osiem altówek, cztery wiolonczele, dwa kontrabasy oraz głosy. Porównania z "III Symfonią" Góreckiego wydają się śmieszne, a to choćby ze względu na wszechobecne pętle rytmu w "Mother", które pana Góreckiego byłyby w stanie ogłuszyć. Poza tym nie sądzę, by utwór Goldiego można z czymkolwiek porównać, bez narażania się na śmieszność. Z pewnością, jest to utwór pełen nieodpartych emocji i uczuć. Ale z powodu swojej długości jest również bardzo trudny w odbiorze jako całość. Konia z rzędem temu, kto wysłuchał go choć raz od początku do końca przy pełnej koncentracji! Muzyka poważna nowego stulecia? Taka sentencja jest może nawet zbyt oczywista.

Natomiast utwór drugi z pierwszego krążka to kilkuminutowa impresja "Truth". Tylko wokal i jakieś kosmiczne dźwięki dookoła. Zaśpiewał w niej człowiek, którego głos nadawał się do tego wręcz idealnie. David Bowie. Nie tylko dlatego, że w ciągu wielu lat swojej kariery sam dał się poznać jako artysta eksperymentujący, a na dwóch albumach z lat dziewięćdziesiątych, 1.Outside i Earthling zaprezentował muzykę całkiem pokrewną temu, co tworzy Goldie. To jest coś, co trudno wytłumaczyć. Po prostu nikt, ale to nikt inny nie zaśpiewałby tej partii tak przeszywająco jak on. Tak więc, gdy Bowie ją rozpoczyna, po plecach słuchacza zaczynają wędrować mrówki. I nic na to nie da się poradzić. Potem krótka przerwa i otrzymujemy skrawek kompozycji "Letter Of Fate", której pełna wersja znajduje się na płytce drugiej.

A płytka druga to, jak już wspomniałem, kalejdoskop nastrojów i klimatów. Rozpoczyna się agresywnym, industrialnym niemal atakiem rytmu i gitary (na której gościnnie zagrał Noel Gallagher) w "Temper Temper". Później jest "Digital", (średnio udana) próba mariażu brzmień jungle'owych z hip-hopem. Mamy tu także dwa spokojniejsze fragmenty – wspomniany "Letter Of Fate", śpiewany przez samego mistrza, oraz kołyszącą pieśń nadziei "Believe". Ale o obliczu dzieła decydują głównie długie utwory, misternie splecione z nakładających się na siebie tematów i melodii, a przede wszystkim pętli rytmu, przenoszące jungle do świata muzyki awangardowej. Takimi majstersztykami są "Dragonfly" i "Chico – Death Of A Rockstar", oraz nieco krótsze, choć równie intensywne "Fury – The Origin" i "Demonz". Brzmią one surowiej i mocniej, niż pamiętne pasaże z debiutu.

Na koniec zaś zostawiłem dwie perły, okraszające całosć, będące jej ozdobą. "Crystal Clear" zaczyna się jak nowo-jazzowa ballada, by stopniowo przerodzić się, dzięki transowemu motywowi basu w mroczną podróż w nieznane. Natomiast "I'll Be There For You" otwiera gwiezdna przestrzeń, by zaraz ustąpić jednostajnym rytmicznym pętlom. Ale oto pod koniec na te pędzące bez wytchnienia, samplowane partie basu i bębnów nałożona zostaje owa przestrzeń z początku. Cały Goldie...

Ach, tak. Nie obędzie się, jak zwykle, bez kilku ironicznych uwag. Otóż na rynku codziennie pojawia się trzystu nowych wykonawców drum'n'bassowych, opisywanych przez rozmaitych "ekspertów" jako czołowych, niedoścignionych i niepowtarzalnych twórców tego gatunku. Nie wierzcie im. Epigonów jest mnóstwo, Goldie jeden. Dobrze, jest jeszcze Roni Size (no bo pan Tobin to chyba jednak inny sport). I na koniec: nazywanie Saturnz Return muzyką taneczną jest nie tyle komiczne, co po prostu żałosne. Pozdrawiam.

Borys Dejnarowicz    
21 sierpnia 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie