RECENZJE

Goldfrapp
Black Cherry

2003, Mute 4.5

Kiedy dwa lata temu odpalałem bonus disca załączonego do mojego special edition Felt Mountain, bezwstydnie przyznam, że "coś poczułem". Przepełniony wykwintnym erotyzmem zmysłowy cover leciwego przeboju Olivii Newton-John "Physical" z powtarzaną w refrenie zachętą "Let's get physical / Physical / I wanna get physical / Let's get into physical" pobudził moją wyobraźnię. Zobaczyłem coś, co podczas mistycznych, górskich wędrówek nawet nie tliło się w mojej świadomości. Otóż aksamitny, potężny głos Alison kryje w sobie nutkę perwersji. Jeśli tylko włożyć jej do ust (zboczeńcy, bez skojarzeń proszę) lekko kosmate teksty, wywołanie seksualnych fantazji murowane. Nie sądziłem wtedy, że duo pokusi się o zbudowanie follow-upa na tej jednej, specyficznej wartości, a tu proszę, oni tak właśnie powrócili.

Pomysł na Black Cherry był zatem ryzykowny, ale nienajgorszy. Ciepła, jedwabna barwa wokalu zderzona z dyskotekowym bitem zaciekawia niecodziennym dysonansem. Naturalne drżenie, wibracja strun głosowych Goldfrapp, na tle rytmicznie pulsujących pejzaży implikuje wyobrażenie żółwiego dochodzenia do orgazmu. Na "Physical" wyszło im super; tu niestety już nie intryguje, przez co nasze małżowiny doświadczają zaledwie cienia tamtej rozkoszy. Gęsta mgła przesterów i notorycznie maltretowanych syntezatorów zasnuwa szczelnie motywy, odbierając tlen i równolegle przebojowość nawet tym typowo parkietowym pozycjom ("Crystalline Green", "Train", "Twist"). Wspomniany tercet zagrany dwa razy szybciej, po poszerzeniu przestrzeni, mógłby posłużyć za materiał Kylie, choć chyba żaden z nich nie zmieściłby się na Fever. Zresztą przy Australijce sex appeal Alison lokuje się w okolicach umiarkowanie atrakcyjnej domatorki, którą na małe co nieco trzeba namawiać. Na pewno ten styl też bywa podniecający, ale tu główna aktorka nie wypada dostatecznie przekonująco.

Było trochę o kiełbach, a teraz wypada mi szepnąć słówko o drugim obliczu albumu. Składają się nań przesłodzone, snujące się ballady, jak tytułowy, rozmarzony, ale emocjonalnie jałowy "Black Cherry". Miejscami oparte na kradzieży bajkowych melodii z Misplaced Childhood ("Hairy Trees"), oraz – czego się spodziewaliśmy – z Felt Mountain ("Forever"). Raz imponują bogactwem aranżacji ("Deep Honey"), by gdzie indziej zasmucić nieporadnością, jak w kończącym "Slippage".

Gdzieś po środku tych synth-popowych, solidnych przeciętniaków znajdujemy pogmatwany strukturalnie "Tiptoe". Wyróżniający się tu nowatorstwem moment, rewelacyjnie spajający niepokojące, elektroniczne improwizacje z delikatnym pasażem smyków, podrasowany eterycznym, tradycyjnie nieśpiesznym, a raczej z premedytacją "zbyt wolnym" wokalem. Kombinujący za konsoletą Will Gregory pokazał tu na co go stać, wszak to on (jak przedtem) wziął na siebie obowiązki produkcyjne. Także kosmiczne intro "Crystalline Green" czy romantyczne "Deep Honey" przypominają o wielkim potencjale pary, a suche, trzaskające brzmienie programowanej perkusji, oraz częste wykorzystywanie kolosalnie przetworzonego basu znalazłoby słowa uznania u samego Adult.

Mimo pochwał złożonych pod adresem feralnego covera, szczerze mówiąc, jakoś mi Alison nie pasuje do wizerunku przybranej w różowe wdzianka sex królowej. Inna rzecz, że w tamtym kawałku zachowywała resztki pozorów. Była wyzywająca, ale z klasą. Może też był to najzwyklejszy patent jednego strzału, a dziś natłok podobnych rozwiązań już mnie nie rusza. Znamy kobiecą potrzebę zamanifestowania swojej seksualności, ale obrana tu forma jej realizacji wygląda sztucznie, jakby robiona była na siłę, na pokaz. Kiełby to chyba nie do końca jej drużyna. Pamiętne otwarcie "Paper Bag", ba, pojedyncze westchnienia na debiucie były bardziej zmysłowe niż cały ten krążek. Dzisiejsze "Fuck me / Try me" nie ma już tamtej mocy.

Jeżeli jakaś mamusia się przeraziła, że Black Cherry zdeprawuje jej pociechy, to apeluję o rozwagę. W zestawieniu z ciemnoskórymi wampami pokroju Beyonce Knowles czy Lil' Kim znowu widzę Alison ubraną w zielone gumiaki i otuloną w wełniany sweter, przechadzającą się w poszukiwaniu borowików. Taka z niej hardcorówa. Nawet gdy śpiewa teksty z repertuaru tych pierwszych.

Jacek Kinowski    
15 października 2003
BIEŻĄCE
Young MarcoBahasa
DucktailsWatercolors