RECENZJE

Goldcard
Goldcard

2003, Off 5.9

Proces powstania albumu może rozkładać się na długie lata. Charlie Cambell (muzyk formacji Pond) niemal dekadę temu nagrał na taśmy kilka swoich tracków, z początku bez zamiaru wydania ich gdziekolwiek. Te udostępnione wąskiemu gronu słuchaczy materiały zaskakująco uzyskały status kultowych (jeszcze zanim zostały w pełni zrealizowane). Ponieważ podjęte próby dokończenia procesu twórczego zastraszająco długo pozostawały bezefektywne, Cambell poprosił o pomoc w tym swoich przyjaciół z Grandaddy'ego i Quasi. Ci oczywiście zgodzili się i tak oto powstał Goldcard (swój mały w nim udział mają również pozostali dwaj członkowie Pond). Do zamknięcia przyjemnej historyjki brakuje wykroczenia projektu poza granice undergroundowego obiegu, przerodzenia się mitu w rzeczywistość. Niestety widać wyraźnie, że Cambell świadomy, iż jego utwory obrosły w legendę na wyrost, próbował się do niej dostosować na siłę. Zamiast przytakiwać pochlebcom powinien raczej wykazać się większą skromnością i przyznać "Sorry, ale chyba wzięliście mnie za kogoś innego." No cóż, zrobił inaczej.

Self-titled projektu zaczyna się tak, jak powinien trwać przez pełne trzydzieści dziewięć minut. Po budzącym nadzieję delikatnie drżącym intrze gitary pojawia się miła melodyjka "We only doubt which theory we will be proving first", brzmiącego jak pogodniejsza pochodna nowej Maquiladory, wzbogacona akcentami z pierwszych sekund krążka (są one rozsiane na całej jego rozciągłości). Po jedenastu sekundach dziwacznego, nienazwanego (ja dałbym mu tytuł: "WTF?") przerywnika z pianinem i jakimś zamruszałym bitem w tle, znów styka: nieśmiały "Destroy And Recreate" to typowy komponent codziennej strawy każdego wielbiciela snującego się niezal-rocka. I tak mniej więcej do połowy płyty widnieje nad nią hasło "Ot, dlaczego by nie?". Zgadzam się, świat przecież nie może składać się tylko z elementów, które mają wobec nas wymagania. Goldcard długo pozostaje od nich wolny.

Widząc to, Cambell przestraszył się przeciętności i zaczął kombinować, dostawiając, doklejając, tu zmiatając pod dywan, a tam zasłaniając. Słowem: wziął i ponaprawiał. Od ósmej piosenki dziać zaczynają się rzeczy niepokojące: najpierw przez dwie minuty stajemy naprzeciw indolentnych zupełnie poczynań gitarami i klawiszami, trawionymi pewnie jakąś ciężką chorobą. Kawałek ósmy (podobnie jak poprzedni nie figuruje on pod żadnym zespołem znaków) to zalatujące udawanym murzyńskim folklorem srutu-tutu, nie oferujące nic ponad miłe dla ucha brzmienie fujarek. Sposób produkcji nasuwałby skojarzenia z bardzo nieudanymi fragmentami Up In Flames, gdyby takowe istniały oczywiście. Goldcard nie kończy zadziwiać, miotając gwałtownie zdezorientowanym słuchaczem prosto w najmocniejszy swój utwór. Śliczny "Picture Of A Horse" szczerze ujmuje prostotą dziecięcej melodii i przymilnym artykułowaniem wyrazów przez Cambella. Piosenka z początku przemawia delikatnie, by w miarę upływu czasu przybrać w sile i zakończyć swój bieg dość nieoczekiwanymi repetycjami, imitującymi zacinającą się płytę.

Wytworzony nastrój jednym tchnieniem rozwiewa mający budzić grozę wstęp do "If I Could Help It". I gdy melancholia kolejnych sekund tegoż kawałka zaciera mroczne wspomnienia z jego początku, docieramy, nie, brutalnie zostajemy wciśnięci, w wichry dwunastki. I tu dokonuje się ostateczna demaskacja Goldcard. Cambellowi nie udało się tak nadąć formą dwóch przeciętnych (i gdzieś już chyba słyszanych wcześniej) motywów, by ukryć ich mierność. Za pieszczotliwymi zabiegami aranżacyjnymi (a namachał się koleś przyzwoicie; wpadł na skuteczny pomysł podzielenia perkusji na dwa kanały, zadbał o rozległość przestrzeni, udało mu się nawet wprowadzić przejście częściowo kojarzące się z późnym Pavement) nic się tak naprawdę nie kryje, nie dajcie się zwieść. Połączenie klimatu tajemniczości z ni stąd ni zowąd wynurzającą się energią to idea zupełnie od czapy, zwłaszcza na lekko chill-outowym albumie jakim jest Goldcard.

Do końca jeszcze raz mamy do czynienia ze sztucznie umotywowanymi działaniami służącymi tylko i wyłącznie pokazaniu "Hej, ty! Zobacz jaki Goldcard jest różnorodny!". Chyba jedynie wcielanie powyższego hasła w życie może usprawiedliwić rację obecności na płycie gówienka "Birthday", King Crimsonowej mieszanki taniego horroru z Szeregowcem Ryanem. Pozostałych kilka pioseneczek to kontynuacja wspomnianej linii "Ot, czemu by nie?", wygodnej dla czującego się tu bardzo swobodnie autora, jak i dla nas. Szkoda, że Cambell zapragnął być wielki nie mając ku temu podstaw. Gdyby zamiast eksponować ufarbowaną przeciętność skupił uwagę na ładniutkich kompozycjach w rodzaju wspomnianego "Picture Of A Horse", świątecznego "It Had A Dream" czy też kolaboracji z Grandaddy "Rabbit" (ach ten wokalik Lytle'a), miałbym dobry prezent dla rodziców. A tak muszę szukać dalej.

Jędrzej Michalak    
24 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie