RECENZJE
Godspeed You! Black Emperor

Godspeed You! Black Emperor
Asunder, Sweet And Other Distress

2015, Constellation 6.9

Twórczość montrealskiego ansamblu jest już w naszym kraju rozpowszechniona, a debiut F♯A♯∞, krótkogrające Slow Riot for New Zerø Kanada oraz milenijne Lift Yr. Skinny Fists Like Antennas to Heaven! urosły do rangi dzieł niemal kanonicznych nie tylko w kontekście reprezentowanego gatunku, ale również całej muzyki schyłku lat dziewięćdziesiątych. Bombastyczna prolegomena zdaje się być więc całkowicie zbędną, stąd też rezygnując z patetycznej przedmowy, pozwolę sobie przytoczyć zaledwie kilka historycznych faktów. Otóż twórczość tego nader zasłużonego dla ogólnoświatowego post-rocka kanadyjskiego oktetu zawsze trwale sprzężona była z przymiotnikiem "apokaliptyczny", Moya ze świtą ostatnimi czasy ubóstwiają wydawać albumy znienacka, bez analitycznie rozplanowanej na kilka miesięcy machiny promocyjnej, a prawdziwi szalikowcy Godspeed You! Black Emperor mogli podziwiać Asunder, Sweet And Other Distress w pełnej krasie po raz pierwszy prawie trzy lata temu. Ta ostatnia rzecz w moim odczuciu może nie bezpośrednio, ale na pewno podprogowo wpływa na ciche jęki zawodu i krytykujące album w zabawnie nieśmiały sposób (mimo zaskakująco wysokich ocen liczbowych) zaoceaniczne recenzje. A jest to album dobry – parafrazując fragment marcowego artykuł Borysa Dejnarowicza, który ukazał się na łamach lajfstajlowego Vice’a i dotyka problemu skrótowości internetowej formuły komunikacyjnej (wartościowania wytworów kultury): "nie tak dobry, jak ostatni, ale lepszy od Yanqui U.X.O.". Ale koniec żartów, niech się wreszcie zacznie robić smutno i ponuro na modłę wczesno-kwietniowej aury.

Kiedy niezależny label Constellation, pod skrzydłami którego God's Pee wydają swe krążki, obwieścił (przy okazji udostępniając na Soundcloudzie otwierającą krążek kompozycję "Peasantry or 'Light! Inside of Light!"), że za chwil kilka spotkamy się ze studyjną wersją szlifowanego na koncertach od 2012 roku "Behemotha", stało się jasne, że tchnięcie nowego ducha w wyeksploatowany materiał zwalnia nas z obowiązku odczuwania choćby minimalnego podniecenia wynikającego z pierwszego kontaktu z zupełną nowością. Zrodziło się więc pytanie: będzie takt w takt, czy postarają się w jakiś sposób urozmaicić, zmodyfikować, udoskonalić to dzieło (vide koncertowy "Albanian" przeistoczony w monumentalny "Mladic" na 'Allelujah! Don’t Bend! Ascend!')? Spieszę z odpowiedzią: nuta w nutę z subtelnymi tylko dyferencjami oraz, bogu dzięki, skoncentrowaniem się na jak najlepszym rozpisaniu i urozmaiceniu drone’owego, podzielonego kolejno na: "Lamb's Breath" oraz "Asunder, Sweet", jądra nagrania. Paradoksalnie bowiem nie nieliczne w zestawieniu z poprzednimi dziełami GY!BE post-rockowe przeciążenia i rozładowania stanowią osnowę 'Asunder, Sweet and Other Distress', a właśnie te rozwlekłe, harmonijne pasaże, których kunszt w porównaniu ze znanymi z historii, niezbyt wyrazistymi momentami (jak na przykład wyraźnie biedniejsze aranżacyjnie "Strung Like Lights at Thee Printemps Erable"), jest niepodważalny. Mamy tu bowiem podręcznikowe rozwiązanie akcji zawiązanej w najcięższym dotychczas utworze w fonografii Godspeed – chwilami quasi-sludge’owym, mocno przesterowanym pick slide’owym wejściu w postaci "Peasantry or 'Light! Inside of Light!", oraz smutny chamber operujący dobrze znanymi nam smyczkami, będący introdukcją do efektownego finału – dysonującego "Piss Crowns Are Trebled" – najbardziej "gajbowych" pod względem instrumentarium i projektowanego klimatu szesnastu minut tegorocznego albumu. Absolutny brak broadcastingowych czy wykorzystujących nagrania terenowe wstawek spycha na dalszy plan rozważania na temat obecności charakterystycznej apokaliptycznej atmosfery. To po prostu free rock mierzony od linijki, najmniej zaangażowany ideologicznie (pomijając oczywistą symbolikę tytułu płyty oraz poszczególnych utworów) w przypadku tego manifest-bandu.

Asunder, Sweet And Other Distress to żywy dowód na to, że Godspeed You! Black Emperor powoli wyczołgują się z twórczego dołka, w którym znaleźli się dekadę temu za sprawą Yanqui U.X.O., stawiając coraz śmielsze kroki mające zwrócić ich w stronę lat świetności. I choć wiekopomnego powrotu najprawdopodobniej nie będzie, to nie zapominajmy przedwcześnie o uzdolnionej ósemce z Montrealu, bo naprawdę można policzyć na palcach jednej ręki tych, którzy starają się grać post-rocka inaczej, niż wedle powszechnie przyjętego schematu: "głośno, napierdalamy – ciszej, retardacja – znów napierdalamy, nowelowy punkt kulminacyjny". Z tego miejsca chcę pozdrowić Michaela Girę.

Witold Tyczka    
6 kwietnia 2015
BIEŻĄCE
Young MarcoBahasa
DucktailsWatercolors