RECENZJE

Gluecifer
Basement Apes

2002, SPV 3.6

Znowu. Nie wytrzymam zaraz. Przestało. I znowu. Cholera, ucisz się! Przestało. No i znowu! Ja tego nie zniosę! Przestało. O, przestało. Naprawdę. Teraz jest już cicho. Niemożliwe. No tak, znowu! Dlaczego ktoś wybrał sobie właśnie dzisiejszy poranek na gruntowny remont mieszkania?! I dlaczego ten ktoś musi mieszkać ścianę ode mnie? Wiertarka godzinę temu wierciła jeszcze w ścianie. Teraz wierci dokładnie w środku mojej głowy. Już nie mam połowy głowy. Przerwy w wierceniu uprzyjemniają mi regularne uderzenia młotka. Super. O niczym innym nie marzyłem. Jeszcze chwila, a sam wywiercę temu kolesiowi dziurę. Już ja wiem gdzie.

Dobra, idę do niego. Nie! Wiem. Dam mu posłuchać Gluecifera. Nie to, że zaproszę do mieszkanka na herbatkę i usadzę przy wieży, skąd. Zapuszczę Basement Apes, a następnie rozkręcę gałkę głośności do oporu. To dopiero będzie. Lepsza wiertarka, niż ta prawdziwa. Głos mu odbierze. "Sąsiedzie! Sąsiedzie! Chce pan trochę Gluecifera? Tak? Ale oni grają przeważnie prymitywny hard-rock z lat siedemdziesiątych, jakby się zatrzymali w czasie! To nic? Ale wokalista zwykle drze się zamiast śpiewać! Też nic? Dobra! Odpalam! Sam pan chciał".

Odpalam. "Reversed" daje po głowie motorycznym riffem i fajną melodyjką, którą fałszuje frontman Gluecifera. Nie, nie, wcale nie mówię złośliwie. Całkiem na poziomie jest to kawałeczek. Później jednak Norwegowie popełniają ten sam błąd, który popełniły przed nimi całe zastępy rockmanów. (To nie jest błąd, to jest wielbłąd!) Otóż grają (prawie) cały czas to samo. Jest pewien urok w odsmażaniu przedwczorajszych placków, ale tylko wtedy, gdy jemy je raz. Gluecifer kazał nam wchrzaniać te placki pięć razy dziennie. (Patrzcie: powoli zmieniamy się w "Porcys – niezależny serwis kulinarny".) I dlatego już za nastym kęsem placki są niesmaczne.

Nie znaczy, że nie ma żadnych miłych momentów na Basement Apes. Są, weźmy takie "Losing End", toż to kawał dobrego, starego Pearl Jamu. Albo "Little Man", balladka, jakich słyszałem mnóstwo, lecz tu, na tle kopii AC/DC wypada olśniewająco (klawisze a la Roddy Bottum, gitarka z pogłosem) z jakąś tam dramaturgią (przyznaję). Poza tym, zgoda, kilka ostrzejszych rocków też się podoba, dzięki (dziwne to) harmoniom raczej, niż jakiejś energii ("Not Enough For You", "It Won't Be"). Ale pozostała część materiału jest przeraźliwie nudna, zrobiona "na jedno kopyto" i przewidywalna. Do takich rzeczy się najczęściej nie wraca.

A ten, skurczybyk, ciągle wierci.

Borys Dejnarowicz    
29 maja 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie