RECENZJE

Girls
Father, Son, Holy Ghost

2011, True Panther 5.6

Nie wiem czy da się zapomnieć o wycenie zespołu Christophera Owensa dokonywanej przez zachodnie media, o obnażającym i obleśnym klipie do ''Honey Bunny'' i podobnych rzeczach. Chciałbym, żeby się udało, bo w ogóle mnie to nie zajmuje. Jestem w stanie zrozumieć, że mniej odpornych na frustrację lub tych, którym bardziej ode mnie leży na sercu, powiedzmy, dobro przemysłu muzycznego – może ten zespół denerwować. Dobra, zostawmy to, spróbujmy.

Girls jest dla mnie interesującym zespołem z racji nieposiadania własnego stylu. Na tej płycie widać to jeszcze dobitniej niż poprzednio. Album pozwalał na takie przypuszczenia dzięki jego przezroczystości. Na moje ucho debiut można było posądzić o brak własnego idiomu dlatego, że trudno było go zaklasyfikować. Rzecz jest jasna – nie z powodu przekraczania granic gatunkowych, a raczej z racji nie dorośnięcia tych piosenek do jakiegokolwiek gatunku. Spoko, było indie, ale co to właściwie znaczy dla takich zespołów jak Girls? Wszystko i nic. Była wyraźnie amerykańska muzyka gitarowa, no dobra. Ale skąd to wyrosło? Podobnie nie oglądający się za stylowością Deerhunter jest zespołem wyraźnym i przez siebie zdefiniowanym. Girls, dla mnie, nie był.

Przy okazji Father, Son, Holy Ghost wyczuć można w sposobie bezstylowości pewną woltę. Tu brak własnego stylu pozwolił zespołowi dużo wyraźniej cytować i nagrać w gruncie rzeczy bardzo różnorodny album. Jeśli coś mi się w nim podoba, a nie zamierzam tutaj nikogo ganić, to właśnie ta zręczna różnorodność. Te piosenki nie są zresztą złe. Są sympatyczne. Problem polega na tym, że także sztuczne i oczywiste aż do wejściowych bram plagiatorstwa.

Właśnie tutaj dopatrywałbym się sukcesu Girls. Tutaj, gdzie zatracają się granice pomiędzy cytatem a cytatem. Słuchacz po prostu już nie wie, nie zastanawia się, czy to kreatywne, czy nie. Cytat Pinka a cytat Owensa. Nie oszukujmy się, bo my sami nie zawsze to wiemy i nie tak trudno nas nabrać. Ja w przypadku Father, Son, Holy Ghost pozwalam na oszukiwanie się na poziomie bezrefleksyjnego odsłuchu płyty jako muzaku. Nie jest mi z tym nieprzyjemnie. Widocznie inni pozwalają się nabierać bardziej, choć nie wiem czy to z lenistwa czy przyczyna jest głębsza i jest nią, by powiedzieć dosadnie, zanik umiejętności odróżnienia gówna od twarogu. Nie przejmuję się tym dlatego, że mam gdzieś w sobie przekonanie, że kto chce i powinien, ten pozostanie czujny. I tyle.

Proszę bardzo, konkrety, jeśli potrzebujecie. Przede wszystkim płyta odróżnia się nieco na tle rówieśników zasłuchaniem w latach siedemdziesiątych. Ciężkie hammondy. Floydzi w drugiej połowie ''Vomit". Leciuchno psychodelizujący na wysokości 1:20, lecący na kark hard-rock "Die". I tak dalej. Ciekawe jest więc wkomponowanie w zestaw pre-shoegazowego "Alex", patrzącego na zespoły typu Jesus and Mary Chain z intensywnością równą Pains Of Being Pure At Heart i równie licealnie je podrabiającego.

Powiem tak – zespół jest bez właściwości, ale lekcje odrobił. Słuchanie tego nie boli, a przy odrobinie szczęścia i braku uwagi można się nawet nieco zapomnieć. Wątpię, żeby było to niebezpieczne.

Radek Pulkowski    
22 września 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie