RECENZJE

Girls
Album

2009, True Panther 4.0

W sobotę wybrałem się z moim nowym współlokatorem na nieźle się zapowiadającą "imprezkę" której tematem była dżungla. Ja robiłem za niedźwiedzia, jeśli spytacie. W każdym razie zbyt byliśmy opieszali by zdążyć na rozsądną komunikacje miejską, a także zbyt biedni na taksówkę, przez co do owej dżungli dotarliśmy piechotą grubo po pierwszej w nocy. Drzwi otworzyło nam eukaliptusowe drzewo, idąc do znajomych znajomych trzeba się było zaś przedrzeć przez stojące w korytarzu trzy zebry obu płci a także nieźle już nawalonego słonia obmacującego jakąś niezidentyfikowaną roślinę. Generalnie czujecie klimat – lodówka już dawno nie istniała, ale na szczęście przyjaciel nasz i przy tym Rusek Peter bohatersko dobył wina z plecaka i wydarzenia potoczyły się niezakłóconym tokiem. I fajnie było, początkowo lekki jedynie zamęt w głowie nabierał stopniowo odwagi, a składany przez goryla-diżdeja bit mile walił po twarzy. Ja byłem cool, wszyscy byli cool, i cacy.

Płytkość tego uczucia wyparowała oczywiście wraz z alkoholem i przyswojonym (biernie, nikt nie poczęstował) dymem, pozostawiając jedynie głęboką pustkę. Ta klasyczna sytuacja, przerabiana przez miliony ludzi nawet w tym teraz momencie, przypomniała mi się właśnie podczas słuchania debiutanckiego albumu Girls. Trop skojarzenia jest taki – jak ważna jest fajność? W post-Beatlesowskim i węziej, post-Radioheadowym ogródku tak hołubiona jak teraz, to chyba nie była nigdy, nie widzę w każdym razie innego wyjaśnienia sukcesu Girls. Bo są chłopaki rzeczywiście cool. Teksty mają bezpośrednie jak u wczesnego Corgana, ale prostotą unikają zbytniego ciężaru. Mój faworyt to już chyba klasyczny dla tego roku "You’ve been a bitch / I’ve been an ass", zaśpiewany w typowej dla wokalisty (zwie się on Owens ale doradzam niezapamiętywanie) cipowato-olewczej manierze. Pomysł na swoje piosenki Girls też mają trafiony – niektórzy wyzywają nadaremno imię samego Ariela Pinka, że niby zjarany psycho-pop, ale bardziej na miejscu wydaje się być naklejenie stonowanego stickera "psychodeliczne Vampire Weekend". Historia życia rzeczonego Owensa, który w skutek należenia rodziców do sekty błąkał się po całym świecie, także w sam raz nadaje się na rozmowę młodej artystki Claire z "Six Feet Under" z jednym z jej aktualnych fick-Froschów. - Oh yeah he’s so fucked up in the head!– We all are, Claire – Yeah. – Yeah. – Let’s smoke some pot. – Yeah. – God it’s so great! – Totally, yeah...

I jest w tym wszystkim mały feler, którego sam nie zauważyłem słuchając krążka po raz pierwszy, tkwiąc w oczarowaniu jego feelingiem. Otóż wspomniany wyżej "pomysł na piosenki" jakby pomija fakt, że Girls takowych się jeszcze nie dorobili. Fragmenty Albumu odróżniają się od siebie zapadającymi w pamięć (lub nie) tekstami, tym, czy użyto pykajacego w studni akustyka czy też ambitnie rzężącej gitary – ale nie licząc ciekawie nawet rozbuchanego "Morning Light", te numery nie tylko irytują podobieństwem do siebie ("Lust For Life" a "Ghost Mouth", wtf?) ale i są na tyle przewidywalne, że zdają się nieść na plecach bagaż wszystkich piosenek opartych na gitarowych akordach, powstałych od wynalezienia tychże. Sorawa Owens, ale jesteś gwiazdą nowoczesnego, indie-popowego boysbandu, a boysbandowy fun był i zawsze będzie trefny.

Jędrzej Michalak    
11 października 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja