RECENZJE

Girl Talk
All Day

2010, Illegal Art 6.5

Okej, kumam, mam napisać recenzję i nawet wczoraj zrodził się jakiś zgrabniutki wstęp. Problem w tym, że dzisiaj go przeczytałem i przeraziłem się własnym zdystansowanym tonem, określeniami wypełniającym watą przestrzeń pomiędzy mną, a muzyką Gillisa i innymi wydmuszkami. Wyszła jakaś głupawa maniera, że ja niby wyżej, ze swadą i na pewniaka, a tutaj zupełnie nie o to chodzi. Girl Talk był traktowany często przez różnych piszących jako pole do ćwiczenia mięśnia analitycznego, ciekawostka-zabawka, czy po prostu fajna sprawa. Od jakiegoś czasu pojawiają się głosy tu i tam, że fanostwo to nie wypada, do tego trzeba mieć nagrzane i "naście", co w długim biegu może powoduje właśnie swadę, pewniaki i głupawą manierę. Nawet zapomniałem o podstawowej sprawie: w momencie, kiedy inni ćwiczyli słowotwórstwo na haśle "plunderphonics", ja zostałem fanem totalnym melanżu na Night Ripperze, sampli-instrumentów na Feed The Animals, wreszcie udanej realizacji kolażu z popu i samej POSTACI nie-DJa Grega Gillisa z jego sposobem rozprowadzania swoich płyt i nadwyrężaniem praw autorskich. Dla mnie ta muzyka i traktowanie całego popu jak klocków Lego jest jednym z największych stymulantów wyobraźni jakie spotkałem.

Najbardziej paradoksalne w odbiorze All Day jest to, że Gillis przy trzymaniu się wypracowanej formuły może zawieść tych najbardziej zajaranych swoją twórczością. Można ten album spokojnie metkować jako "bardziej gitarowy Girl Talk" i postawić obok "bardziej rapującego" Night Rippera i "bardziej popowych" Feed the Animals. Gillis nadal satelitarnie wycina najlepsze hooki z całych czterdziestu lat muzyki i ma świadomość, tego co się działo przez dwa lata od ostatniego albumu, więc na All Day wpada Ke$ha z Willow Smith, Lady Gaga depcze Aphex Twina i rap z "How Low" gada sobie z Phoenixem. Pomysł na intensywniejsze wykorzystanie gitar (Black Sabbath, Rage Against the Machine, FUGAZI, wow) do miksu też się kozacko sprawdza. Problemem w tym wszystkim jest zamysł jaki kierował Gillisa przy składaniu i sklejaniu All Day: pozwolił samplom "oddychać" i stworzyć bardziej przestrzenne wydawnictwo. W rezultacie dostajemy album, któremu bliżej do maszuperskiego mixtape niż do dwóch poprzednich albumów, gdzie zarażająco radosne przeładowanie fragmentów i motywów sprawiało wrażenie bycia w samym środku wybuchu w sklepie z fajerwerkami. Odbiór All Day to gra obecna przy każdym odbiorze mashupu: żeby było okej, musi ci się podobać jeden utwór źródłowy, drugi utwór źródłowy i samo sklejenie. Wiadomo, Greg Gillis jest czempionem i zwykle mu wychodzi (rapowanie do "Can't Get You Out Of My Head", OMAJGAD), ale tutaj zbytnio wszystko zależy od stosunku odbiorcy do źródła niż poprzednio.

Formuła wypracowania przez Girl Talk jest tak skuteczna, że pewnie jak już każdy z nas zostanie starym muzycznym nerdem, to na wiadomość o kolejnym na albumie wbije się w swój bujany fotel i będzie sobie zadawał pytanie "co tym razem będzie, co tym razem będzie", a potem cały pensjonat wypełni okrzykami "so much fun" jak do M.O.P. poleci "Single Ladies". Mniej doświadczeni zawsze będą mogli to potraktować jako przyspieszony kurs popu (strasznie dziwnie poznać jakiś utwór po tym jak się go słyszało u Girl Talka, serio) i szybciej zestarzeć swoje uszy. W każdym przypadku pojawi się ten "fun" i chęć uniknięcia spoilerów przed pierwszym odsłuchem, nawet za tym n-tym razem. All Day, mimo że słabszy, wciąż udowadnia tę moją małą teorię fana.

Ryszard Gawroński    
6 grudnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie