RECENZJE

Gil Scott-Heron
I'm New Here

2010, XL 5.5

ŁŁ: No spoko gościu. Jesteś legendą i nawet chciałem Cię dać do 150 esencjonalnych. Myślisz sobie, albo ktoś myśli za Ciebie: nagram audiobooka na oldschoolowym mrocznym triphopie i sobie pomyślą: ależ rewolucja. I się nie mylisz. Gdybyś to puścił 15 lat temu, to byś rządził. Zaczynasz fajnie, 5 utworów, no ogółem można ulec wrażeniu, że jest zajebiście. A później nie ma nic. I ciężko się ocenia takie płyty w 2010, bo słuchałem sobie "Revolution" lata temu i byłoby anachronizmem dopierdalać się do tamtej płyty, nie masz pan prawa. Ale teraz ? Koneserzy poezji się znaleźli.

FK: Może i Gil Scott-Heron często wpływa na mielizny grafomanii, jestem debilem, Ale podkłady pod jego teksty są dla mnie definicją miejskiej muzyki lat bieżących. Tu pozwolę sobie zacytować redaktora Błaszczaka (trzeba się było ogarniać z pisaniem), że tak właśnie powinno brzmieć Heligoland. Metaliczne trzaski na tle przesterowanego buczenia w pierwszych sekundach "Me And The Devil" to najstraszniejsza rzecz, jaką usłyszałem w tym roku, wliczając kobietę, która chce być najgrubszą na świecie. Na podkładzie "Your Soul And Mine", swoim steranym głosem Gil mógłby opowiadać o kanapce ze szczawiem, a i tak bym to kupił. "Where Did the Night Go" to pożegnanie z życiem w obliczu nadchodzącego AT-AT, a gospelowy zaśpiew na 2:38 w "New York Is Killing Me" jest zwyczajnie zajebisty. Zadziwia mnie, że stary człowiek, który przez kilkanaście lat był wyłączony z życia, dopuścił do siebie dźwięki, których nawet przebieg w Adobe Audition jest intrygujący. I choć rozumiem zastrzeżenia przedmówcy, to podpalam się niczym Teraz Rock na nową Metallikę i nie wsłuchuję w tekst.

JB: Muszę przyznać, że po pierwszym przesłuchaniu singlowego "Me And The Devil" pomyślałem sobie, że tak powinno brzmieć nowe Massive Attack, gdyby chciało walczyć w naszym końcoworocznym plebiscycie. W tej rozdzierającej, na wskroś czarnej, barwie reinkarnuje się duch bluesowego południa sprzed dekad i napotyka wcale niearchaiczny, ciężki, smolisty, elektroniczny podkład, który można by dopasować do terminu trip-hop, ale wydaje mi się, że Geeneus by go z playlisty nie wyrzucił. Słowem, jedna z najbardziej intrygujących rzeczy jakie słyszałem w tym roku i niezbity dowód, że można i po sześćdziesiątce.

No właśnie w samym powrocie Gila jest coś niezwykłego. Przez ostatnie kilkanaście lat stanowił raczej materiał historyczny (The Whitey On The Moon UK LP) czy plotkarski (pobyt w więzieniu, zarażenie HIV), by nagle wrócić w roku, kiedy Snoop Dogg nawija na płycie Gorillaz, że "the revolution will be televised". Co więcej, tytuł płyty pochodzi od przeciętnej piosenki z najsłabszego chyba krążka Billa Callahana, co, poza ironicznym wydźwiękiem, trudno jakkolwiek wytłumaczyć. I tutaj właśnie zaczynają się schody i znaki zapytania, bo cover w wykonaniu Herona nie różni się w zasadzie niczym, prowokując pytanie o sens. Jest takich momentów więcej i ostatecznie to one, a nie jakiś wyciszony w miksie gospelowy chór w "New York Is Killing Me", decydują o nie tak entuzjastycznym odbiorze tego nietypowego i wciąż intrygującego powrotu.

PM: W roli ścieżki dźwiękowej do szóstej serii The Wire "I'm New Here" sprawdza się doskonale, a "Me And The Devil" z czołówki to na starcie jedno z moich ulubionych wykonań piosenki Waitsa. "Because if I knew where cover was, I would stay there and never have to run for it", dobra linijka, jak wszystkie zresztą. What more can I say? I wouldn't be here today, if... wiadomo.

Jan Błaszczak     Łukasz Łachecki     Patryk Mrozek     Filip Kekusz    
19 marca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie