RECENZJE

Gift Of Gab
4th Dimensional Rocketships Going Up

2004, Quannum 4.6

Jeśli słyszeliście któryś z dwóch albumów Blackalicious, to postać współzałożyciela oraz jednocześnie emcee i tekściarza projektu jest wam doskonale znana. To nieuniknione: liryki Gift Of Gaba, bo to o nim mowa, przekazują cząstkę jego osobowości i światopoglądu. Na wieść o zbliżaniu się jego solowego projektu łatwo było wyobrazić sobie porcję wyluzowanych rozpraw o jasnych stronach życia, czyli dajmy na to miłości (dalekiej raczej od erotyzmu), swawolach dzieciństwa, chwilach pogrążenia w śmiechu. Między innymi na takiej tematyce koncentrują się debiut duetu Nia oraz gromko przez nas wychwalany Blazing Arrow.

Z wydawałoby się oczywistej wizji rzeczywistość zrealizowała część raczej skromną. Nawet nie mówię tu o przeistoczeniu się przyjacielskiego dawniej T.J. Parkera (oto dane skryte pod pseudonimem) w zbuntowanego ziomala, plującego na otoczenie. Nic takiego nie ma bowiem miejsca, na myśli mam co innego. Dopiero po zapoznaniu się z 4th Dimensional Rocketships Going Up wyraźnie widać, jak niezbędnym uzupełnieniem tekstów Gift Of Gaba jest jego kolo z Blackalicious, Chief Xcel. To on wzbija sklecane zdania w czeluści nieba, kombinując szczodrze zdobione strukturalnie jak i brzmieniowo podkłady; to on wie w który punkt skierować i do czego odnieść nawijkę przyjaciela (którego zna jeszcze z czasów szkoły w Sacramento). Wiadomo, Chief bez odpowiedniego wsparcia miałby zapewne problemy z weną, pozbawiony byłby skutecznej broni jaką podsuwa mu pod nos Parker. Działa to i w drugą stronę, o czym omawiany tu album przekonuje nie zostawiając zbytnio miejsca na konstruktywną polemikę.

Dominująca radość wyrazu Gift Of Gaba jak wody potrzebuje podobnej cechy dla swojego zaplecza muzycznego. Przekłada się to uogólniając na produkcję raczej przestrzenną niż płytką, na wymaganą świeżość układanych motywów, których w dodatku im więcej, tym lepiej. Pracujący nad 4th Dimensional... za konsoletami Jake One i Vitamin D albo nie zdawali sobie sprawy z obrazu poszukiwanych kompetencji, albo zwyczajnie nie potrafili stawić znacznym wymaganiom czoła. Grunt, że krążek zawiera kilka kawałków upośledzonych, by nie rzec spartaczonych, pracą dwojga wymienionych kolesi. Takiemu "Real MCs" arcytrudno wykaraskać się spod całej sterty swędzących nieprzyjemnie skreczów. Choć w tym wypadku nie popisał się sam podpisany pod krążkiem, nieźle bowiem obrywamy po uszach również jałowością jego mowy.

Napotykamy na albumie na wiele innych producenckich smrodów – zaliczam do nich choćby wcinające się notorycznie we flow Parkera klawisze z "Flashback", które miast z nim współgrać irytująco odstają barwą i nawet odrobinę poziomem głośności (jest on zbyt wysoki). Analogiczne zażalenie składam przy rubryce "In A Minute Due" – piosenkę rozpostarto o łagodny chill-out tła, który z kolei jest odrobinę (acz zauważalnie) zbyt delikatny, przez co przekonuje do siebie słabiej, niż by potencjalnie mógł. Na szczęście track w pełni nabiera formy dopiero w wokalizach rodem z r&b, sensownie dopasowanych i dzięki temu dość skutecznie rozprężających po ciężkim okresie dnia.

"In A Minute Due" to właściwie jeden z nielicznych wyjątków natrafiania na krążku na r&b, w którym tak lubuje się (a my przy nim) Blazing Arrow. Właściwie do głowy przychodzi jeszcze tylko nadmieniony już "Flashback". Jeszcze silniej odczuwalna jest tęsknota (nigdy bym nie przypuszczał, że będę jej kiedykolwiek doświadczał w stosunku do r&b, jest ona jednak faktem) za choćby pojedynczym pojedynkiem Gift Of Gaba z rekordem Guinnessa w konkurencji ilości słów wygłaszanych w przeciągu jednej czwartej sekundy (obeznanych z tematem nie zdziwią żywione przeze mnie nadzieje na odnośnik do prześmiesznego wymiatacza sprzed dwóch lat, "Chemical Calisthenics"). Pomimo zawodu w tej kwestii, album dowodzi, że za paręnaście lat flow Parkera spokojnie trafi do obejmujących ten temat szkolnych podręczników. Utwór najdobitniej streszczający powyższe zagadnienie na 4th Dimensional... kryje się pod tytułem "Evolution", przez który strumień nawijki przepływa wartko, falą wyjątkowo charakterystyczną (łatwo przewidzieć w które punkty mierzy cios), oblewając posklejane w zdania wyrazy. Kąpiel uprzyjemnia żywot nie tylko gdy żar leje się z nieba, każda okazja jest ku temu dobra.

Równie zacny jest "To Know You", choć zbudowany na raczej zagadkowych klawiszowych przeszkadzajkach, broni się za sprawą atrakcyjności refrenowego "Truly I wanna really get-t-t (to know you)". Jest to typowy przykład pozytywnej myśli Gift Of Gaba, które pomimo przeszkód opisanych na początku sprawują niezachwiane nad albumem rządy. Niestety do wyjątków należą fragmenty, gdy coś po dotarciu do końca ścieżki z owego cheer-upowego ustroju nam pozostaje na dłużej. Tą zaletą w pełni przechwalać może się tylko "The Writz" – polecam zwłaszcza wielbicielom nastroju filmów w rodzaju Żądła (Paul Newman, yup). Skromna spelunka z przygrywającym pianinkiem, w której mają miejsca wydarzenia błahe ale zabawne. I'm in.

Przy 4th Dimensional... bez krzty wyrzutów sumienia umiejscawiam radę "gdy tylko masz ochotę na b-side'y Blackalicious". Z zastrzeżeniem, że po pierwsze, znajduje się na nim jeden c-side (d-side?) pod postacią "Real MCs" oraz po drugie – urzeczywistnienie tej chęci nie jest warte wydania kilkunastu dolarów.

Jędrzej Michalak    
3 marca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie