RECENZJE

Ghostface
The Pretty Toney Album

2004, Def Jam 5.8

"All these MC's start realizing / That Ghost got that shit that'll keep you vibing".

Zawsze było tak, że jak "Ghostface Killah, never cookin' illah" wchodził, to wszyscy siadali. Zresztą w Wu-Tang tak było u wszystkich, przynajmniej z początku. Tu akurat mamy do czynienia z prymitywnym i dzikim (do pewnego stopnia oczywiście), pływającym w bragga jak w wodzie MC, którego ostry flow nigdy nie stracił na wartości. I o ile jego dokonania na Enter The Wu-Tang powinny być generalnie jasne i bezdyskusyjne (wiadomo), o tyle solowe wybryki to kwestia gustu. I nie dlatego, że wszystko jest zabarwione kozactwem i imprezą. Po prostu Ghost poszedł już dawno w stronę nieco krótszą, niż mistycyzm Klanu. Agresywny i nieco prostacki Dennis Coles zarabiał spokojnie hajs i obwieszał się coraz bardziej złotem i diamentami, czasem wręcz chowając się za bling-bling i jeśli płyty były naprawdę dobre (Ironman i Supreme Clientele, ta pierwsza to dla niektórych klasyk, a druga uznawana niekiedy za przeciętną, w każdym razie obie dobre) to wszystko było w porządku. Jednak jak to u produkcji post-Wu bywa, na pewnym etapie kariery zaczynają się i wątpliwości.

The Pretty Toney Album nie jest produkcją słabą. Słaby to jest Tical 0 – The Prequel Method Mana. Czwarty Ghost to przeciętna płyta z kilkoma zajebistymi fragmentami: "Tush" z odświeżającym udziałem Missy Elliott, "It's Over" z rześkimi partiami pianina pod wokalem (drugi udany moment z pianinem: "Biscuits") czy wreszcie "Run", gdzie bity zrobił RZA (szkoda, że tak mało jego udziału na płycie; niby najlepsze lata ma dawno za sobą, ale resztek talentu nikt mu nie odmówi, zwłaszcza na tle pozostałych podkładów Pretty Toney), a swoje dołożył też Jadakiss. No i to jest właśnie kawałek z tych bardziej hardkorowych, z policyjnym sygnałem w tle. Pozostałe "twarde" utwory, w klimatach ciemno-ulicznych to "Metal Lungies" i "Kunta Fly Shit" z rozchodzącym się loopem made by RZA. Nieco gorzej w tracku "Holla", gdzie Ghost próbuje stworzyć romantyczną atmosferę ("Holla holla holla / If you want to, I love you"), co wypada sympatycznie, lecz nużąco. Jeśli chodzi o dokumentację relacji z kobietami, lepiej już trafia "Save Me Dear". Warto jeszcze wspomnieć o skicie "Last Night" ze świetnym hookiem i dźwiękami telefonu. Trwa to jednak zbyt krótko, a sama osoba Ghostface'a i pomoc RZA nie wystarczą. Cóż, dla wielbicieli jego flow jest to płyta o poziomie satysfakcjonującym, dobra. Dla wszystkich innych – nie do końca.

Mateusz Jędras    
9 września 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie