RECENZJE

Geneva Jacuzzi
Lamaze

2010, Vinyl International 5.8

AG: Po Genevie oczekiwaliśmy cudów niewidów, a dostaliśmy, no, dostaliśmy w porządku płytkie. Za długą, chwilami mocno przeczołganą porcję narkłopopu która niestety nie obrodziła w hiciory, tak, jak jej wszyscy tego życzyliśmy, ale mimo to trzyma się dzielnie. Pan Kleks w Kosmosie z "oprawą muzyczną na nowo odczytaną" przez Devo i Algebra Suicide, tej wiosny spalimy więcej hajsu niż zwykle na pieczywo, farmację i bitmaszyny.

KFB: O tym jak wielkie nadzieje wiązałem z albumem tej typiary mógłbym pisać obfite, mięsiste eseje. No bo co by nie mówić, jeśli ktokolwiek z w tym miejscu zgromadzonych próbował zgłębiać zaplecze i okolice Pinka, to prędzej czy później "kończył w Jacuzzi". Gieńka i jej "Love Caboose" to był rozpizd w najczystszej postaci i absolutnie jeden z najlepszych singli w historii pinkowych druhów, który lokuje się w moim prywatnym rankingu tuż za "Want You Back" i dorównuje szczytom Johna Mausa. Niestety, zgodnie z przewidywaniami hooków nie starcza pannie Garvin na cały album i tak było już w przypadku Kooze Control a z Lamaze sytuacja jest dosyć analogiczna. Zresztą na obu tych albumach pojawia się wspomniane "Love Caboose", w którym za klawisze odpowiada właśnie sam Rosenberg, ale dosyć już o świetności tego tracka, przecież każdy to wie tu. Głównym problemem na nowym albumie jest paradoksalnie sama Geneva, niegdysiejsza frontmanka wielu zacnych grup (między innymi Sex Carpet), która chyba sama do końca nie wie czego chce od życia. Z jednej strony 80sowy pop i 80sowe pornole, z drugiej ciężka narkotyczna psychodela – trudno te elementy tak ze sobą spoić, aby muzyka na dłuższą metę w jakiś sposób na tym nie straciła. Tutaj traci nieznacznie, ale i tak naprawdę czuję się teraz jak nauczyciel w gimnazjum maglujący przy tablicy swoją ulubioną uczennicę – widzę, że dziewczę kumate i oblatane, ale swoimi odpowiedziami nie wyczerpuje tematu i tak dobrej oceny jakbym sobie życzył postawić po prostu nie mogę, sumienie mi nie pozwala. Chociaż oniryczne "Do I Sad?" podoba mi się nawet bardzo, ale z perspektywy całości patrząc to "ktoś tu chyba miał za dużo pomysłów" i efekt końcowy zbytnio przytłacza, aby się bezwarunkowo Lamaze zajawiać. Co nie zmienia faktu, że jak najbardziej można, bo to bardzo solidna płyta (tylko i aż). Ale dość o muzyce, widzieliście jej fotki?

MHJ: Już nic nie będzie mowy o synthie sound, ani o goth i wave rewiwalu. Mnie ta płyta raczy, ale wzięłam ją na dwa zachodzące razy. Myślę, że dłuższa, jednorazowa posiadówka byłaby ciekawsza i jeszcze znajdę czas na nienarwany trip o kwaśnym odczynie. Najchętniej wśród zwojów pościelowych, muślinów i w rozchełstanych asymetriach, z włosami w oczach, jak Geneva na teledysku do "Love Caboose". Lux malina. Kawałek-endorfina, któremu cudownie robi oprawa wizualna. Absolutnie nie do wymazania z łba. Bo jak już dane nieraz było, arielowi kolaboranci to też pietyści wizerunkowi, a w tej kwestii nad wszystkim czuwa środowiskowiec Travis Peterson, który jest autorem wideoklipów Ariela, Nite i Genevy. W więkoszości slowmotiony z glo-fi poświatą wśród dziwnie dobranych artefaktów, jak np. w "Love Caboose": złote lwy i rzęchotliwy telewizor. Choć trochę inna paczka, to jednak podobny rodzaj niepokojącej fantasmagoryczności jak w teledysku "She Blinded Me With Science" Dolby' ego. Chcę się kolegować z pretensjonalną bachantką.

ŁŁ: Skoro nikomu się tak naprawdę nie podoba, to dlaczego ja, ostatni sprawiedliwy, muszę zabiegać tu o dziejową uczciwość ocenową? "Love Caboose" wiadomka, ale wspominałem o tym kawałku rok temu w recenzji Nite Jewel, a już wtedy był zbyt stary, by moją rekomendację singlową uznał Wojtek za godną playlistu. Nic więcej z płyty na dobrą sprawę nie pamiętam, więc przyznajmy po prostu – tak, koleżanka Ariela nagrała nudną i niepotrzebną płytę, im też się to zdarza i całe szczęście, nie żyjemy w czasach, kiedy każdy nowy singiel poniżej 7.0 jest katastrofą, każda polska płyta wydarzeniem a jakaś nuda z kręgów Haunted Graffitti dowodem na to, że cały ten hypnagogic przehajpowaliśmy, pomyliliśmy się, nie warto. Ogółem nie wrócę raczej do Ciebie, Lamaze, choć tribute złożony wielkiemu aktorowi (jak się domyślam) w tytule zasługuje na brawa. Renegaaaaaaade!

Aleksandra Graczyk     Magda Janicka     Łukasz Łachecki     Kacper Bartosiak    
22 kwietnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja