RECENZJE

Gayngs
Relayted

2010, Jagjaguwar 5.7

KM: Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść, a gdzie muzyków dwudziestu... tam nie ma czego słuchać? Nie, no może nie jest aż tak źle, trzeba tylko powybierać z tej późnowieczornej zakąski trochę lepiej przyprawione fragmenty. Gotowaną marchewę i ziemniaki zostawiamy na talerzu. Niestety, zespół o śmiesznej nazwie dowalił grubo ciosanych, starych kartofli co nie miara, niczym na harcerskiej kolonii. Gdy się człowiek naje czegoś takiego na noc, to ciężko mu się robi, pić wina nie ma ochoty i idzie spać, więc "Spanish Platinum" i "No Sweat" lepiej sobie odpuścić. Dobrze nie zrobi też cover Godleya i Creme'a à la slowcore, ale opener "The Gaudy Side of Town" albo eksplodujący zmysłowością "Crystal Rope" powinny wprowadzić miły nastrój do romantycznego spotkania we dwoje. Trochę neoszamański "The Beatdown" i "Faded High" to z kolei nawet niezłe opcje za kierownicę, jeśli na całonocne eskapady lubi się pożyczać stare kasety od ojca albo jakiegoś wujka. Ciekawy ogólny koncept i kilka sympatycznych kawałków nie wystarczy jednak, bym mógł się przyłączyć do szalejącego w internetach hype'u. Ot, takie sobie kuriozum.

RG: "Kuriozum" to doskonałe słowo, aby opisać tę płytę, bo naprawdę od bardzo dawna nie wydano tak dobrej spokojnej muzyki granej na żywych instrumentach. Niestety, tylko parę utworów (opisywany wcześniej opener, powłóczysty "The Last Prom On Earth", numer dwa i trzy na płycie, może coś ze środka) może na luzaku dołączyć do grupy "naj od długiego czasu". Reszta to takie nudy, że nie sposób nie zasnąć, a co dopiero spamiętać. W mojej specjalnej skali dla takiej muzyki Relayted osiąga poziom pół Grega Dulliego (dla porównania Leave It All Behind to półtora Grega Dulliego, a Twilight z dwa). Jakby użyć nożyczek i nici to by wyszła znakomita EP-ka, a tak po porcysowemu mamy nudną szóstkę.

FK: Relayted, niczym radzieckie kino awangardowe, przynosi nam mnóstwo długawych ujęć trawy, które za pierwszym razem zapierają dech w piersiach, ale oglądane ponownie skłaniają do opuszczenia sali. Bohaterowie kilku różnych muzycznych bajek nie chcieli chyba jeden drugiemu wjeżdżać na ambicję i każdy zrezygnował z tego, co robił dobrze. Mamy poprawny soundtrack do prostych czynności pod gołym niebem (jak nudzenie się na przykład), który co jakiś czas próbuje mnie przekonać, że jest czymś więcej. Sorry – powrzucane tu i ówdzie zagrywki na organach, pół-fenneszowe eksperymenty, czy (ona się akurat udała znakomicie) psychodela rozciągająca się na półtora kawałka gdzieś w środku albumu to trochę za mało. Otwieracz i "False Bottom" będę repetował jak dziki, natomiast co do pozostałych, to można. Ale po co?

RP: Wygląda na to, że podoba mi się najbardziej z tutaj nas czterech, to znaczy delikatnie ponadszóstkowo. Powodem jest, myślę, fakt, że na papierze przedstawia mi się Relayted bardzo mojo – nowy soft, podparty czasami elektroniką i niemal ciągle leniwą psychodelią – w założeniu wszystko czego dziś chcę. W praktyce niestety wcale tak wiele poza atutem sympatycznej leniwości materiał nie zapodaje. Wyróżniłbym te dwa, co Krzysiek i nadmienił, że album dobrze zaczyna i dobrze kończy, bo propsy jeszcze dla "The Last Prom on Earth" i "Faded High", który jest tu filarem wspomnianego "podparcia elektroniką". W ogóle popierałbym materiał gdyby się podparł konkretem, a tak to niezobowiązująco polubiłem i tyle.

Krzysztof Michalak     Radek Pulkowski     Filip Kekusz     Ryszard Gawroński    
22 czerwca 2010
BIEŻĄCE
Young MarcoBahasa
DucktailsWatercolors