RECENZJE

Gas
Rausch

2018, Kompakt 7.2

Siedemnaście lat i prefiks

dzieli

Narkopop i Pop

wybrukowały Wolfgangowi mostek do mojego serca, usytuowały go w pozycji ambientowego monumentu od pierwszego momentu mojego z nim zetknięcia, i od tamtego czasu miłością pałam do niego i chociaż jestem niestała, to się staram. Moje podejście do ambientu bywało ambiwalentne; nieraz bez intelektualnego, powiedzmy, zaangażowania – a tylko w wyrachowany sposób traktowany jako tabletka o imieniu sesja albo jakimś innym, imion nie pamiętam; jako środek nasenny lub też dobranocka; ileż to obojętnych nocy spędziłam w towarzystwie Voigta właśnie, uwielbianego na Porcys Briana Eno, Basińskiego, Heckera, Frahma czy tam Aphex Twina i zasypiałam po pierwszym numerku; i tylko czasem Basiński przyprawiał mnie o zawał serca jakimś basem, hukiem lub hookiem (bo ja, w przeciwieństwie do niektórych, słuchając Williama na nie nie czekam; nie pytam znajomych, kiedy w końcu jakiś drop). No ale dobra, Pop. Pop zmienił wszystko, chrystepanie, jakbym dostała kiedyś sms-a od miłego człowieka z pytaniem o moje marzenie pod choinkę, niezależnie od tego, kim byłaby ta przemiła osóbka, nie odpisałabym ani "cb", ani "cb radio", tylko "magiczne wejście przez szufladę w szafie do tego popowego lasu", bo Gas to jest właśnie we śnie spacer przez las. Nieraz, jak patrzę na to wszystko po czasie, jak wiele rzeczy w da się ułożyć dzięki niemu w głowie, jak wiele wygładzonych zostało moich skołatanych zwojów nerwowych i jak wiele było załatanych dziur po byciu ich pełną, pełną w połowie bitewnych pól. Beka, no wiem. Dziś o Rausch, moi drodzy. Jak się egzaltuje za bardzo, to raus, ja nie trzymam, ale jeszcze trzy akapity

dam

sobie uciąć rękę, że jej nie przyłożę do ułatwiania relacji z Rausch, bo to niemożliwe i nikomu niepotrzebne. Zresztą, kompozycje Voigta zostawiają niesamowicie wiele przestrzeni dla odbiorcy, trudno jednoznacznie określić uczuciową intencjonalność niemieckiego (po prostu "producenta" czy nie daj Boże "DJ-a" – nie chcą mi przejść przez palce) kompozytora – w zasadzie na przestrzeni całej jego dyskografii. Jedni czują pogłębiające się stany lękowe i autentyczny niepokój, inni czystą błogość i rozpływający, senny spokój. Gas, niby wszechwiedzący narrator i deus creator, otwiera wejście do wyimaginowanego lasu sosnowo-zieloną okładką, konsekwentnie kontynuując leśną serię, a już zupełnie bezpośrednio – kontynuując Narkopop. Cechą niejako przyklejoną do Voigta od zawsze były ciężkie, przytłaczające i proste bity układane w spacer, a w przypadku najnowszego LP tworzy on pętle z prędkością stu dziesięciu uderzeń na minutę, bez większych odchyleń perkusyjnych i z nieustannym, atmosferycznym basem, który rozpływa się fizycznie po ciele, jak potrafią robić to różne smaczne rzeczy. Holistyczny splot składający się teoretycznie z siedmiu numerów, które jednak bez przeszkód można traktować jako jedną, rozwijającą się kompozycję lub jako godzinny przewodnik audiowizualny po ludzkim środku z pogranicza ambientu i symfonicznie ogromnej muzyki filmowej. Rausch jest odrobinę lżejszy niż Narkopop, który do dziś jest dla mnie odczuciem wręcz przemocowym. Voigt uzupełnia basowe leitmotivy lekkimi tąpnięciami w talerze perkusyjne, szumem mrowiącym na wysokich częstotliwościach, ledwo słyszalną gitarą akustyczną w "Rausch 5" i cymbałami lub –kami, a cała symfoniczna wielkość tego albumu jest zakopana (w gruncie rzeczy) w leśnym, przerażającym pogłosie.

Sunące się mieniąco ścieżki Rauschu stwarzają florę i faunę niemieckiego głębokiego lasu podczas zawieszonej nad głową apokaliptycznej zapowiedzi. Biorąc pod uwagę fakt, że nad tym wszystkim rozpostarte jest echo Wagnera (co prawda finezyjnie przepuszczonego przez syntezatory), w którym do szaleństwa rozkochany był Hitler, przerażenie twórczością Gasa może przerażać jeszcze trochę bardziej, jako szantaż bez konkretnej groźby, ale równie dobrze może też nie. Rozpatruję jego twórczość jako zbiór wzlotów bardziej panteistycznych, niźli destrukcyjnych czy dekonstrukcyjnych, aczkolwiek zgodnie z tym, co napisałam wcześniej – polana interpretacji jest nieskrępowana. Nawet sam tytuł daje się tłumaczyć wieloznacznie, bo rausch można tłumaczyć jako intoksykację, ale nie odnoszącą się do zatrucia czymś jadowitym; jako high, upojenie wywołane ziołami, psychodelikami lub nawet zaawansowaną medytacją. Rausch pochodzi też od rauschen, oznaczającego szumienie – i już znajdujemy się w voigtowym lesie. Wyważone skupianie się na perkusji, potężne techno-pulsy i burzowe miraże nadają Rauschowi duchowej głębi, która nie jest złudzeniem ani żadną mrzonką, nie wiem dokładnie, czym jest, ale sprawia wrażenie wyznania w formie niemal filozoficznego(!) traktatu, którego nie da się z założenia rozgryźć czy opisać w liczbach skończonych i kategoriach absolutnych, bo jest to podróż prawie sześćdziesięcioletniego Wolfganga Voigta, z zasady nie moja, ani też twoja. Włazimy do tego lasu, ale nie ma takiej siły, która by sprawiła, żebyśmy nie czuli się w nim obco.

Rausch kontynuuje i konstytuuje wielkość Gasa, ale bez przewrotów w Kolonii, w przód lub w tył i bez zamachów (utartego przez artystę, dobrego) stanu (rzeczy). Słuchając Rausch możecie czuć przerażenie, spokój lub jeszcze inne emocje, na przykład takie, przez nikogo przedtem nie przeżyte, ale ja jestem nudna, a GAS w 1999 roku powiedział: "The aim is always to give love and to be loved for your work", so I love you Voigt.

Adela Kiszka    
15 czerwca 2018
BIEŻĄCE
RobynHoney
Steve HauschildtDissolvi