RECENZJE

Gas
Narkopop

2017, Kompakt 8.0

Gdy spoglądam na utrzymany w czerni i ciemnym lazurze las zdobiący okładkę nowej płyty Gas, moja pamięć automatycznie przywołuje błękitny kolaż poligrafii m b v. I choć nie ma tu bezpośredniego związku łączącego oba obrazki, to dobrze wiem, o co chodzi w tym zestawieniu: podobnie jak shoegaze'owa legenda, Wolfgang Voigt po wielu latach powraca do dobrze znanego środowiska i przynosi ze sobą kolejny rozdział słuchowiska, na który, jak się okazało, czekało wielu. Trzeba było prawie dwóch dekad, aby Gas sporządził kontynuację starzejącego się z klasą, ambientowego klasyka Pop, wydającego się klamrą i finalnym albumem związanego z Kolonią współzałożyciela labelu Kompakt. Voigt zdecydował inaczej, ale nie wrócił już dokładnie do tej samej rzeki: miast powoli płynącej, akwatycznej medytacji zanurzonej w głębinach minimal techno, postanowił zbudować monumentalny pomnik, w którym odbija się nieskończony kosmos.

Zdaje się, że to naturalna kolej rzeczy – gdy ukazywał się pierwszy album projektu Gas, Voigt był trochę po trzydziestce; natomiast Narkopop jest dziełem prawie sześćdziesięcioletniego, świadomego artysty zasługującego wręcz na tytuł ambientowego mędrca. Oczywiście pod własnym nazwiskiem dość regularnie ukazują się jego kolejne wydawnictwa, ale wydaje się, że to właśnie z wcieleniem Gas kolończyk jest najbardziej związany emocjonalnie i to za jego sprawą stara się wnikać w duchową głębię. W tym przekonaniu utwierdza forma nowego materiału: sposób, w jaki Voigt myśli o fakturach, tych samplowanych, momentami bardzo melodyjnych partiach smyczków wyciętych ponoć z Wagnera czy Schönberga, stawia go bardziej w pozycji "kompozytora" niż zaszytego w klitce, przygarbionego "producenta" klejącego na laptopie kolejne pętle. Podział na dziesięć fragmentów nigdy wcześniej w katalogu Gas nie dawał tak sugestywnego złudzenia suitalności jak w przypadku tegorocznego comebacku. I wreszcie nieodłączny rytm deep techno zostaje jakby lekko przysłonięty – tym razem pełni tu rolę dyskretnie spajającej wszystkie ogniwa nici. Ale mimo ewolucji (a nie rewolucji), Voigt wciąż pozostaje wierny swojej filozofii tworzenia muzyki w leśnej głuszy i nadal słychać, że Narkopop mógł stworzyć tylko ten człowiek.

Indeks pierwszy to symboliczna uwertura rozpoczynająca cały longplay – romantyczne rysy zaczynają nabierać jeszcze większej mocy, a struktura osiąga potężniejszy, bardziej organiczny wymiar. "2" przepełnia groza wichrów nakładająca się na miarową techno pulsację i niepokojący, smyczkowy aranż, przez co dźwięki zdają się opowiadać jakąś pradawną legendę. "3" czaruje błogim światłem iluminacji, a dopiero w finale pojawiają się czarne chmury, które przenoszą się do czwartej części. A to wszystko prolog przed nabitym na metaliczne bębny, marszowym "5" ewokującym przygotowania do plemiennej bitwy na śmierć i życie. Wrażenie synestezji czy, spoglądając na trochę ironiczny tytuł, wizyjności, jest wpisane w tego typu narracje. A Voigt tylko ułatwia i uprzyjemnia proces budowania wizualnych skojarzeń przez niebywale wciągający tok kolosalnego zestawu, którego alchemia potrafi oszukać czas.

Druga część Narkopopu wyraźnie zmierza do epickiego finału. Ostatni akt poprzedza wielowątkowa peregrynacja po ukrytych czeluściach całego królestwa "9", której niebiańska koda zwiastuje zamykający pochód. Zderzenie się z trwającym ponad siedemnaście minut rytuałem złożonym z niekończących się powtórzeń wyjącej syreny, skrytego w niewyraźnym miksie, przekształconego, chóralnego zewu oraz stoickiego minimal techno w roli kręgosłupa, to doświadczenie oczyszczające. Można drobiazgowo przeanalizować architekturę tej rzeźby i z aptekarskim zacięciem zbadać kolejne etapy przenikania się linii, ale można też zupełnie intuicyjne wtopić się w morze dźwięków i na własnym ciele odczuć czyste piękno bijące od "Narkopop 10". Bo dla mnie nowe dzieło Voigta pokazuje, tak zwyczajnie, jego najpiękniejsze oblicze: mieszczące w sobie posągową statykę i nieskończone galaktyczne knieje ambientu, kojące ciepłym strumieniem pogodnej melancholii i atakujące podniosłym mrokiem niepokojącego smutku (zagubiony w czasoprzestrzeni, eteryczny "7" w konfrontacji ze złowrogim lamentem "8"), zachwycające paletą drobnych detali i bezpośrednim, majestatycznym rozmachem (delikatne fortepianowe i gitarowe akcenty inkrustujące cyfrowo-orkiestrowy bezmiar w "6") i wreszcie nadające zupełnie surrealistycznemu odcinkowi czasu pierwiastek ludzkiego bytu.

Tomasz Skowyra    
27 kwietnia 2017
BIEŻĄCE
Young MarcoBahasa
DucktailsWatercolors