RECENZJE

Gang Gang Dance
Saint Dymphna

2008, The Social Registry 7.9

Dziś stawiam kolejny krok w mikrohistori rozwoju warsztatu recenzenckiego Porcys, pisząc na nowo recenzję, którą napisałem już wcześniej. Bywały erraty, skreślenia i zdania odrębne, reewaluacje i tym podobne, ale nie to się tutaj dzieje. Gang Gang Dance wymusza podejście niestandardowe, palimpsesty. Jest kwestią konwencji, czy uznamy takie poprawki za dowód mojej nieudolności – wszak mogłem wydać dojrzały owoc za pierwszym razem – czy też za działanie celowe, obrazujące ewolucję percepcji muzycznej. Nie ma to żadnego znaczenia, ponieważ tekst ten i tak zainteresuje nielicznych. Ale jeśli już ktoś wnika – chodzi o nie tyle o recenzję-snapshot, co o obrazowanie zmian.

(W ramach dygresji kwestia podstawowa: jak w ogóle wartościować muzykę, jeśli nasze podejście do niej ulega ewolucji? Powrócę do tego w recenzji Black Sea Fennesza, która ukaże się niebawem. Tak czy inaczej moje 7.9 dla Saint Dymphna nie ulega zmianie.)

Wróćmy do Gang Gang Dance. Trudno mi określić, czy piszę o samej płycie, czy też relacjonuję moje wewnętrzne narracje na jej temat. Tyle, że moje myśli na temat Saint Dymphna klarują się i potrafię je wyrazić nieco przystępniej niż na początku.

Zreferuję Wam pokrótce moją teorię, która ułatwi Wam poruszanie się po meandrach leśnej awangardy. Na Brooklynie jest grupa pogibanych artystów, którzy znają i inspirują się nawzajem. Są to trzy zespoły: Animal Collective, Gang Gang Dance oraz Black Dice. Trzy zespoły, trzy różne rodzaje muzyki: lis, wiewiórka, dziad. Pozornie nie mają nic wspólnego ze sobą. Być może w ogóle nie mają nic wspólnego ze sobą, poza eksploracyjnym podejściem do sztuki. To jest, pierdolą inżyniera Mamonia, któremu podobają się tylko te piosenki, które już zna. Szukają muzyki, która nie została jeszcze odkryta. Radykalnie próbują mapować nowe terytoria audio wrażliwości.

Określmy tę właściwość intuicyjnie przedrostkiem weird-. Tak będzie prościej. Jeśli muzyka brzmi bardzo dziwnie, to znaczy, że artysta czegoś poszukuje; to chyba naturalne. Powiedzmy teraz dla uproszczenia, że Animal Collective to jest weird-folk, Gang Gang Dance to weird-beat, a Black Dice to weird-noise ("strukturalny dżaba-noiz", jak to się elokwentnie wyraził redaktor Zakrocki, choć dla mnie często na modłę techno z bluesowym skrzywieniem). Oczywiście, bycie "weird" rozwala w drzazgi jakiekolwiek próby klasyfikacji czy też dodawania przyrostków do przedrostków. Animale to żaden folk, a może jednak, a wcale, że nie, ale jak nie jak tak, no nie, bo nie. Co począć. Staram się jedynie wskazać w które strony lis, wiewiórka i dziad biegają po lesie najczęściej, rysując własne audiomapy, nawigując po konstelacjach dźwięków.

Na temat wyhajpowanych Animali blogosfera zakwitła już obficie, więc dam sobie spokój z próbami wnioszenia czegoś nowego. Druga załoga z trójki, Black Dice jest mimo wszystko trochę nieczytelna ze swoimi próbami noisowego przewiercenia się na drugą stronę świadomości (stosunkowa niesłuchalność materiału). Skoncentrujmy się teraz (wreszcie!) na Gang Gang Dance, którzy wyrastają na drugich po Animalach wymiataczy w świecie weird-musique. Ich twórczość jest na tyle spójna, że pomimo całego swego pogmatwania osiąga wysoki poziom słuchalności. Skąd to się bierze (skąd to się bierze, Kaliber 44, pojebani rycerze)? Znalezienie sensownej odpowiedzi zajęło mi trochę czasu.

(Kolejna) teoria jest następująca: muzyka Gang Gang Dance zawsze wychodzi od rytmu, od afrykańskiego, plemiennego bębnienia. Zauważcie, jak szerokie jest zastosowanie różnorakich odmian ksylofonu (od tych z drzewa różanego wypalanych w Afryce, przez metalowe cymbałki, po syntetyczne ksylofony komputerowe) na God's Money. Mamy polirytmię perkusyjną oraz ksylofon, który, jeśli się nad tym zastanowić, jest również quasi instrumentem perkusyjnym, tyle, że rezonującym melodiami z powodu szerszej rozpiętości drgań powietrza. Ksylofon jest dla mnie pradawnym, magicznym instrumentem, gdzie beat przechodzi w melodię, ale wszystko wyrasta z rytmu. (Dla zainteresowanych, na Youtube dostępne są ciekawe filmiki przedstawiające afrykańskich wypalaczy drewnianych ksylofonów, ksylofonowych wirtuozów, odsyłam również do stron na temat historii instrumentu.)

Wieńcząc powyższe rozważania docieramy do Saint Dymphna, która jest dla mnie płytą idącą o krok dalej niż God's Money. Szkielety perkusyjno-ksylofoniczne, które Gang Gang Dance ułożyli na poprzedniej płycie, pełnią tutaj funkcje gałązek, z których uwite jest podstawowe gniazdo kompozycji. Jest zatem gniazdko-baza, do której wsadzamy pisklęta grime czy shoegazu, żeby sobie z niego wypełzały we wszystkich możliwych kierunkach. Jednocześnie jednak istnienie gniazda zapewnia spójność, słuchalność, loci communes, do których wraca nasza percepcja z nową porcją dżdżownic. A przy tym Gang Gang Dance mają jakiś nerw, zmysł aranżacyjny... Grają melodie na perkusji, a rytm wygrywają na gitarach lub innych nieperkusyjnych instrumentach. Są cool, są funky, bawią się odniesieniami, profanują Loveless i wszystko im uchodzi na sucho. Robią postępy w tak zatrważającym tempie, że mogą zdetronizować Animali. Ponieważ obie grupy się przyjaźnią, liczę na ich rywalizację.

Kolejne moje pomysły na recenzje to zatrudnienie ghostwriterów oraz ogłoszenie konkursu interpretacyjnego. Piszcie do mnie na maila redakcyjnego co sądzicie o Esau Mwamwaya and Radioclit Are The Very Best – chcę napisać tę reckę z Wami.



Stara wersja recenzji:

Dziwna to muzyka.

O, święta Dymfno / zbaw nas od zagubienia / w meandrach freak-bębnienia.
(eksperymentalnego)

“Patronage: against sleepwalking, against epilepsy, against insanity, against mental disorders, against mental illness, epileptics, family happiness, incest victims, loss of parents, martyrs, mental asylums, mental health caregivers, mental health professionals, mental hospitals, mentally ill people, nervous disorders, neurological disorders, possessed people, princesses, psychiatrists, rape victims, runaways, sleepwalkers, therapists”

Urodzona w Irlandii. Ojciec z zawodu król, matka nieznana, osierociła Dymfnęęę w wieku ledwie 14 wiosen (Dymfny). Ojciec Damon szperał po świecie w poszukiwaniu zmienniczki (żony). Ale mu nie szło (jak głosi podanie ludowe). Podszept diabła za czym wzrok jego padł na młodą Dymfnę-ę, której lico odziedziczyło lico matczyne (matka mogła być w podobnym wieku rozrodczym, after all). Damon poczuł zew puszczy (uh-uuu!). Wymawiając się żałobą, chorobą psychiczną i tak dalej podbija do Dymfny (opcja robi się trochę nie halo). Do gry wkracza podstarzały spowiednik, św. Gerebernus, oraz nadworny trefniś z żoną (podejrzane jednostki). Kwartet antykazirodczy nawiewa do Belgii (cnota zachowana). Łoją w brydża schroniwszy się w kaplicy w okolicach Gheel pod Antwerpią (cóż innego można tam robić?). Szpiedzy Damona (ninja?) nie dają jednak za wygraną. Namierzają zbiegów. Zaciężni Damona wkraczają do kaplicy, z miejsca rozpłatują Gerebernusa na pół i grzecznie proszą Dymfnę o powrót na ojczyne łono (przynajmniej z kobietami delikatniej). Lecz ona odmawia. Dowodzący Tatuś Damon się wysoce irytuje za czym dokonuje natychmiastowej dekapitacji Dymph-mph-pffffnyyyyyy na miejscu (narzędzie zbrodni – miecz lub topór?). Miejscowi (lokalsi) dokonują pochówku szczątek. Kilka lat później postanawiają przekształcić je w atrakcję pielgrzymkową konstruując dwa grobowce (a Damon chyba zwyczajnie wrócił do Irlandii). To było w trzynastym wieku. Teraz stoi tam sanatorium, a pacjenci podobno nie są izolowani od autochtonów. Dymphnę nazywają też czasem Dimpną. Nie nazwałbym tak swoich dzieci (choć nie odmawiam Wam wyboru).

Ale nie z nami te numery. Z tą Dymfną to tylko chytry wybieg, mylenie tropów. Choroby psychiczne? To byłoby zbyt łatwe.

Dziwne. Dziwne urasta do rangi odnogi lub gałęzi estetyki. Spuścizna popularności Animal Collective, zapewne. Dziwne jest obecnie na topie, it’s cool to be dziwne. Wszyscy nagle zaczęli to jarzyć. Gang Gang Dance to jednak żadni epigoni Animali. Wyrastają na drugi po Animalach filar muzycznej dziwności. Podczas gdy dziwność Animal Collective ma silniejszy związek z chorym psych-freak-folkiem i okazjonalnym trącaniem nylonowych strun (choć nawet to jest dyskusyjne, bo eksperymentują ze wszystkim), dziwność Gang Gang Dance zakorzeniona jest w plemiennych rytmach przekwaszanych przez szerokie instrumentarium perkusyjno-elektroniczne. Teza jest oczywiście tak ryzykowna, że nawet nie podejmuję się jej bronić na serio. Czy Black Dice są trzecim filarem dziwności, opartym na blues-rockowym techno? Czy też przesadzam z ich rangą (raczej na pewno przesadzam, ale chodzi o wskazywanie kierunków). Niczego nie można być tutaj pewnym. (Chętnie ogłoszę konkurs na teorię spójnie wyjaśniającą zagadnienie. Zwycięzca otrzyma prawo do założenia ze mną zespołu przenoszącego polską pieśń ludową w trzydziesty pierwszy wiek za pomocą, między innymi, psychodelicznego latynoskiego dub-minimalu granego na harfie oraz dyskretnych szeptów opon rejestrowanych na niewybudowanym jeszcze odcinku autostrady A1).

Anyway. Jeśli ktoś liczył na zalążki spójniejszej estetyki po God’s Money, srodze się zawiedzie. Chłopaki pokazują, że nie wymiękają, nie idą na żadne układy ze słuchaczem. Oni z tych artystów są, co to ciągle kwestionują własne założenia harmoniczne. Pieprzyć kompromis. Gang Gang Dance mają w sobie coś z wybitnie uzdolnionych dzieci, które w nieskrępowany sposób bawią się dźwiękami. Nie ma świętości, kanonicznych struktur nie do obalenia, strachu przed improwizacją. Przykłady? "Bebey" otwiera lądujący sputnik wymieszany z rytmicznymi syntezatorami/samplerami spokrewnionymi z cymbałem hawajskim. Okraszone to-to wybuchowymi plemiennymi werblami w tle. Wtem wchodzi oczekiwany, dynamiczny główny motyw na bębnach (momentami zdublowany przez syntetyczne cymbałki, przez co robi się funky). Syntetyczne flety i fujarki uzupełniają tło, po czym motyw na bębnach dublowany jest przez odgłosy Gameboya kumulujące się w sputnikowej ścianie dźwięku, zapewniającej piękne wybuchowe przejście do "First Communion". Tu entuzjastyczne quasi-japońskie okrzyki wokalistki Lisy (LZA) i nagle wyłania się Hendrixowy motyw roku z Gibsona Les Paul na mocnym przesterze i zacina że aż miło. O co tu chodzi, że zaraz po tym wyczarowują mini Les Savy Fav na syntezatorze. Doskonałe. Wtem LZA chwilowo przeistacza się w kopię M.I.A. zmieniając okrzyki a la Mu na rapodeklamacje.

Ledwo nadążam za tempem zmian, opisywanie tego nie ma większego sensu. A jednak wszystko pięknie zażera, nie ma chaosu. "Blue Nile" z początku zbija z tropu ciężką stopą i free brzdąkaniem na gitarze i syntetycznych cymbałach, jednak warstw do śledzenia jest znacznie więcej. Dobrych motywików lub ich zalążków pojawia się aż nadto i jest na czym ucho zawiesić. Kolejne "Vacuum" rozwala shoegazowym quasi-samplem z Loveless spowolnionym o 30%, prowadzonym na tle złożonym z odgłosów strzelanin statków kosmicznych (gry video z lat 80-tych) oraz z perkusyjnych eskapad w różne niespodziewane rejony. "Princes" zaczyna się niepozornie, wręcz ambientowo, potem nerwowy minimalistyczny motyw na pianinie i nagle co? "Gang Gang, yo" i młody zdolny Tinchy Snider z Ghany zapodaje nawijkę grime / UK garage rap na jakimś chorym tle, gdzie LZA znowu nadaje niczym Mu, lecz tło zmienia się dynamicznie i po chwili mamy przeplatające się oszczędne repetytywne riffy, których nie powstydziłby się Seth Jabour. Zresztą, nawet tło jest tutaj dyskusyjnym określeniem. Sztywne podziały ulegają zatarciu. Motywy wyłaniają się i chowają, przechodzą przez różne instrumentarium. Co było grane na perkusji, nagle grane jest na gitarze albo Gameboyu. Gitara jest grana na syntezatorze, i tak dalej. Proste, prawda?

Moje koślawe opisy nie mają jednak większego sensu. Zaufajcie mi, że to wszystko jakoś działa, podług własnej spaczonej logiki. Można by zaryzykować tezę, że całość spaja plemienne podejście do rytmu, rytualne bębnienie i znaczna ilość cymbałkopodobnych syntezatorów, zapewniających pewną przyswajalność oraz pokrewieństwo z God’s Money. Płyta wypełza z tego suchego gniazda i rozłazi się we wszelkich możliwych kierunkach. Jest co śledzić. Ważny jest wysoki poziom tych eksploracji. Brawa są nie za odwagę, ale za to, że daje się tego słuchać raz po raz.

Nie będę się nawet wdawał w metafizyczne dyskusje na temat krytyki kapitalizmu czy wegetarianizmu w lirykach Lisy, znaczeń zadęcia w róg czy różnorakich permutacji kilkudziesięciu wzorów werbla/stopy. Niezależnie od stopnia naciągania, przerasta to moje obecne możliwości percepcyjne. Jeśli zacząłbym myśleć o tym zbyt dużo, niechybnie odjechałbym prosto do świętej Dy-mphmphpff-phnyyy.

Idealna płyta dla słuchacza znającego od 500 płyt w górę. Jako początek przygody z muzyką może być nieco niejasna.

Tomasz Gwara    
23 listopada 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy