RECENZJE

Gang Gang Dance
Kazuashita

2018, 4AD 6.8

Taka sytuacja: jeden z twoich ulubionych zespołów zapowiada nowy album siedem lat po wydaniu jednej z twoich ulubionych płyt dziesięciolecia, a w wiodącym singlu macza palce jeden z twoich ulubionych ludzi na świecie. Mało, zróbmy hałas: singiel ów podąża śladem szlachetnej cocteautwinsowości, tropi wątki japońskiego art-popu, otumania grzmotami newage'owych gongów i nawarstwieniem ślicznych melodii oraz przedziwnych efektów; generalnie pokazuje, że "klimatyczna elektronika" wcale nie musi być lamerska. Jak to było? Gang Albanii, Gucci Gang? OPPA GANGNAM STYLE? Gang Gang Dance, rzecz jasna – i "Lotus", który był wszystkim, czego nie oczekiwałem po ich powrocie, ale tylko dlatego, że nie oczekiwałem ich powrotu.

Być może w tym właśnie tkwi sekret tego bezdyskusyjnie genialnego utworu: że nasze mapy mentalne wykluczyły Gangusów ze stawki wciąż aktywnych muzyków, zaklęły w szkatułce jako nietykalny relikt z przeszłości, sprowadziły do roli ciepłych wspomnień z czasów, kiedy nasze zdolności ogarniania były największe. "Lotus" – z wyfiokowanym motywem głównym, bezkresnymi gitarami, synth-funkowym pulsem i ekscentryczno-eteryczną wokalizą – wzbudził silną nostalgię za początkiem dekady, spotęgowaną jednocześnie świetnymi powrotami Friendly Fires, Panda People i w końcu także kolejnym jadącym na heartbeatsowych oparach singlem ("J-TREE"). W pakiecie z comebackową fetą oraz zawiniętą w kocyk unikatową wyobraźnią przyszła też głęboka czerwień okładki i Kazuashita z miejsca wskoczyła na samiutki szczyt listy oczekiwań na ten rok. Dziś wiemy już, że niezupełnie zostały one pokryte.

Ale czy na pewno? Tu uchylę rąbka tajemnicy: redakcja nieco się w kwestii tej płyty podzieliła. Istnieje pewien konsensus mówiący, że apetyt był na coś znacznie większego, ale już ze spójnością bardziej konkretnych osądów nie wygląda to tak kolorowo. Pojawiły się głosy, że nie jest to może Eye Contact , ale wciąż fenomenalne granie i niepodważalna czołówka roku; po przeciwnej stronie stoi zaś frakcja kontestujących, wyłapujących jedynie prawdziwie złote momenty z przestworów ogólnej mielizny, a w niej takie porcysowe gwiazdy jak DJ Carpigiani czy DJ Niemal. Nie ukrywam, że znacznie bliżej mi do tej drugiej grupy, i to nie tylko dlatego, że moje bezkrytyczne uwielbienie dla poprzedniej płyty Gang Gang Dance stawia mnie nieuchronnie w pozycji z góry przegranej. Po prostu tym razem ain't no fucking mountains in Manhattan i trzeba się z tym pogodzić.

Kazuashita to orzech o tyle trudny do zgryzienia, że jej highlighty to istotnie momenty czystej magii, olśnienia, na które czekamy słuchając muzyki w ogóle. O "Lotusie" już trochę wspomniałem, ale jest jeszcze "Too Much, Too Soon" – kontemplatywna, rozmyta w krautowej fantasmagorii podróż w tropiki, subtelna, wysmakowana pulsacja zatopiona w czerwonawych, wypalających ślady na sercu promieniach zachodzącego słońca. Utwór idealnie wyważony, rozpięty między wyraźnie nakreślonymi szarpnięciami basu a ambientoidalną mgiełką pogłosów, teł i trzasków. Utwór, który mógłby trwać w nieskończoność, skutecznie obnażając przy tym kardynalne grzechy Kazuashity jako całość.

Miast bowiem anielskiego skupienia, jakie stoi za "Lotusem" i "Too Much, Too Soon", nowojorski ansambl zbyt często, nawet jak na swoje własne pokręcone standardy, popada w bezładną rytmiczno-stylistyczną plecionkę (amorficzne "Young Boy (Marika In Amerika)") lub odpływa w rozwodnioną, jamową otchłań (utwór tytułowy). Historia pokazuje, że najlepsze Gang Gang Dance to Gang Gang Dance przykładające wagę nie tylko do kolorytu, brzmienia i urozmaiconej formy, ale też języka, w jakim forma ta przemawia do słuchacza. Na estetycznie dopieszczonej Kazuashicie za mało jest momentów w jakikolwiek sposób zapadających w pamięć, motywów, które w przypadku Eye Contact mogę o każdej porze dnia i nocy zanucić z dokładnością do półtonu. To płyta urokliwa, ale tylko na powierzchni, i genialna jedynie w przerwach między zbędnymi interludiami a sprawnym, choć nudnawym w swoim charakterze dźwiękowym kamuflażem. Czyli niby spoko, ale gdy myślę o Gang Gang Dance… Oh well, enough said.

Wojciech Chełmecki    
17 lipca 2018
BIEŻĄCE
SpiritualizedAnd Nothing Hurt
NonameRoom 25