RECENZJE

Games
That We Can Play (EP)

2010, Hippos In Tanks 6.5

RG: Dobra tam, mogę poowijać w bawełnę i powymyślać różne stylistyczne wygibasy, może nawet namecheckingi (też się wam umysł wyłącza jak czytacie namecheckingową litanię pomieszaną z nazwami utworów?) czy znaleźć anegdotki. Tylko, że nie widzę sensu ukrywania jednej prostej myśli: That We Can Play, choć dobre, zupełnie mnie nie angażuje w swoją muzykę. Słucham, zastanawiam się czemu właściwie mieli zmienić nazwę, czemu w końcu nie zmienili, co takiego cool ma być w tej okładce, a jedyny dźwięk, który mnie pasjonuje to fragment ładowania się Playstation. Chodzą ploty, że to świetna muzyka jest, więc sprawdźcie (pewnie już to zrobiliście pięćset cykli temu) i tak!

AR: Ja z tych plotkujących. Kiedyś byli niewolnicy z wachlarzami, teraz mamy takie płyty. Co do umysłów, anegdot i cykli, podobno żyjemy w Kali Yudze, jednym z gorszych, mającym potrwać jeszcze grubo ponad 400 000 lat, więc postaram się nie męczyć namecheckingiem przynajmniej. Roznosząc famę: proste ale porywające są te wibracje hypnagogii dwóch jasnowidzów, ... i ... z ... . Czasem dodatkowo oświetlają się subtelnym rozmachem i perkusjonaliami jakby z ... . Przewija się też pointylizm ... . Momentami blisko do ... i jego wstęgowatych synthów. Bywa, że sięgają głębiej, w chłodniejsze rejony wprost 80sowego synth popu (..., ...), eksponują automaty perkusyjne i inspiracje ówczesną wokalistyką.

Jakościowy łagodny lot opadający odbywa się zgodnie z kolejnością tracków, od 7.0 dla dwóch pierwszych, przez 6.5 po 6.0, które wlepiam obu remixom. Melodie regularnych kawałków lekko rządzą. Wyłania się z nich jakość nawet terapeutyczna, bo jeśli pojawia się w nich melancholia, to zamiast sobą zarażać, porywa. "It Was Never Ment To Be" przebywa przydługawą drogę od bezbarwności do nagłego odlotu kremowej awionetki w stronę hacjendy ... . Natomiast Mortal Kombatowa (oj) przeróbka "Strawberry Skies", muzycznie nieco jeszcze mniej oferująca, przynajmniej charakternie przyciąga swoją chamską liną z hakiem zadziornego brzmienia jak któryś tam mistycyzujący zakapior. Tych lepszych bardziej chce mi się słuchać, niż wdawać w szczegółowe o nich narracje, "tak jak mówię", są na to za proste i za dobre. Taki przypadek – do czynienia.

FK: W pierwszym kwartale Łukasz zwracał uwagę, że twórczość Games to nie do końca jest (Oneohtrix Point Never + Tigercity) / 2, ale That We Can Play zdradza o wiele bardziej, że obaj muzycy, choć interesująco grali odkąd ich znamy, do ciekawskich nie należą i we dwóch nie wypuszczają się w nieznane rejony. I dobrze, nie każdy musi lubić survival. Tym bardziej, że Ford swoją wrażliwością grzeje tę muzykę, to w ogóle pierwszy raz kiedy Lopatin brzmi po ludzku dłużej niż przez jeden motyw. Fantastyczny otwieracz i dobry prognostyk na 2011.

ŁK: No tak, teraz to jest dużo bardziej zderzenie macierzystych projektów członków. Na EP-ce grają już piosenki z solidnym rytmicznym fundamentem. Ejtisowy popowy fetyszyzm Tigercity zderza się z syntetyczną magmą Oneohtrix Point Never. Gdyby chillwave nie wypłynął wcześnie to oni mogliby go taką fuzją zainicjować. Podoba mi się każdy utwór na That We Can Play, ale wyróżnia się "Strawberry Skies" i "Planet Party" przypominające szaleńczo pocięte nożyczkami "Fascination Street" The Cure. Mam nadzieję, że to jedynie przystawka.

Andrzej Ratajczak     Łukasz Konatowicz     Filip Kekusz     Ryszard Gawroński    
31 grudnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy