RECENZJE

Galvin Paris
Anagramowe Sekwencje

2011, self-released 6.6

Mija rok i pół od kiedy na łamach Porcys pojawiła się kolektywna recka Parysz EP. Spośród zabierających głos redaktorów nikt nie wskazał punktu odniesienia, który rzucałby złe światło na owego tajemniczego koleżkę. Idealnie wpisał się on w kontekst posuchy, niedookreślonych oczekiwań i nade wszystko czyhającej za rogiem blazy, ale jednocześnie, chcąc nie chcąc, stał się zakładnikiem konkretnego środowiska. Czy ktoś poza nami czekał na LP Galvina? Czy ktoś monitorował postępy jego pracy? Ile osób podąża za jego twitterem? I wreszcie – kim są te osoby? No właśnie. Nie ulega wątpliwości, że za tym wszystkim kryje się ktoś związany z Porcys. Najpewniej to ktoś z czytelników, ale nie można wykluczyć, że któryś z redaktorów. Osobiście stawiałem kiedyś na naszego naczelnego, ale teraz już nie stawiam. Zresztą sam byłem przez niektórych podejrzewany o pracowanie po kątach nad Anagramowymi Sekwencjami. Jakkolwiek przypisywanie sobie autorstwa tego materiału jest całkiem kuszące, to jednak ufam, iż unicestwiam teraz to podejrzenie – nie recenzowałbym przecież sam siebie.

Chciałbym natomiast powiedzieć jasno – bo wciąż niektórzy traktują to jako kwestię fajnej beki – traktujmy Galvina poważnie i nie przykładajmy jakiejś odrębnej, specjalnej miary. Przede wszystkim docenić należy jego progres jako producenta. W intro doznajemy popisu zwariowanego szatkowania mikropróbek w stylu Akufena lub Maxa Tundry. Większość wałków to samplowe wycinanki pod hip-hopowe bity, tak jak w "W Zasadzie Bez Tytułu (Stagnacja)", gdzie Galvin swoją bezbłędną nawijką uderza do słuchacza z zaproszeniem do Anagramowych Sekwencji, sprzedając rozkminiaczom jego osoby więcej niż kilka punchline'ów w rodzaju: "Nie jestem gościem z blantem / Nie jestem tez ignorantem, erudytą czy hardkorem / Tak jak Maciek Kurzajewski nie jestem też komentatorem". Całą reckę możnaby sklecić z cytowań, ale nie o to chodzi. Zapraszam do słuchania. Z tym że jest mały szkopuł. Niestety, tak jak już wcześniej bywało, czasem kuleje jakość linii wokalnych i tu pojawiają się problemy percepcyjne. Rekordową pod tym względem jawi się "GVP Orkiestra", z której wyłapuję raptem cztery słowa. Reszta tonie w bulgocie i pogłosie zgodnie z pierwszym członem łatki 'lo-fi-post-rap', którą autor otagował swoje empetrójki.

Co do członu 'post-rap', zyskuje on aktualność szczególnie na wysokości mrocznej osiedlowej historii "Z Bliska", oraz "Graffiti", które bitem nawiązuje do "Jestem Bogiem" Paktofoniki. Żeby nie było monotonnie upchnął Galvin jednego "Anagramowego Skita", ale najbardziej wyróżniają się hipnagogiczny muzycznie i oniryczny lirycznie "Jasna noc / Ciemny Dzień", znany nam już wcześniej Parisowy sztandar "Łikent", oraz minimalistyczna, obudowana ciepłą barwą klawiszy perełka "Wszystko Dzieje się Zimą". Frazowanie Galvina w tym numerze, gdy rozpoczyna kultowym, ale jak nigdy przedtem minorowo odśpiewanym "Sie / Ma to ja Gal / Vin Paris / A jak myślisz / Teraz tu gram / Nie jestem sam" itd. – no och i ach. Dojrzały i refleksyjny to utwór, do którego z przyjemnością będę wracał w zimne wieczory takie jak ten. Po nim usłyszymy dźwięk kasety wkładanej w kieszeń walkmana i rozpływającego się w jego luksusie "Człowieka Na Kasety". Tu Paris swoją pogardę do iPoda wyraził poprzez apologię rewolucyjnego wynalazku Japończyków. Można perrorować i perrorować, ale nie ma się co wygłupiać: to nieidealny artysta, ale w całym szeregu różnych typów, którzy szyją w tych okolicach coś na kanwie inside joke'ów, Galvin Paris zdobywa moje propsy, dlatego, że robi muzykę SERIO. I jestem ciekaw co dalej.

Michał Hantke    
21 października 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie