RECENZJE

Gallant
Zebra (EP)

2014, self-released 6.3

Natarczywie rzucająca się w oczy intensyfikacja trendu związanego ze ślepym podążaniem w strefy spod znaku eklektycznego post-R&B stanowi niebezpiecznie stromy grunt, mogący tworzyć błędne wyobrażenie o kondycji sceny muzyki popularnej w 2014 roku. Z jednej strony uwielbiam tę estetykę, bo pozwala pogodzić wyrafinowanie w kwestii produkcji, możliwość mieszania, spajania, zestawiania wielu odrębnych portów dźwiękowych z przyjaznymi teksturami piosenkowymi, z drugiej zaś prozaicznie łatwo popaść w autorepetycję i ostatecznie zacząć zjadać własny ogon poprzez nieświadome powielanie pierwotnie wydestylowanej formuły. Szukanie drobnostkowych przykładów byłoby kompletnie stratą czasu, wystarczy tylko prześledzić ścieżkę ”rozwoju” jednego z protoplastów tej konwencji, czyli The Weeknda. Trylogia znakomita; przecierająca szlaki, inspirująca, ustalająca powszechnie respektowane reguły i wyznaczająca formalne granice pola gry, ubiegłoroczny debiut długogrający – bez komentarza. Czy zatem kolejna ochocza próba dorzucenia swojej cegiełki do procesu redefinicji całego gatunku, jaką jest bez wątpienia Zebra EP, skończyła się identycznym fiaskiem, a może przeciwnie i Gallant dostarczył badanemu odczynnikowi z popem kilku oryginalnych substratów? Wariant numer dwa, ale po kolei, żeby nie odkrywać wszystkich kart już na samym wstępie.

Oczywiście pozwoliłem sobie wyżej na drobne uogólnienie, wszak słowo ”post-R&B” tworzy wielopłaszczyznowy pejzaż i niestosowne byłoby przyjęcie a priori, że otwiera ono wyłącznie pojedyncze drzwi stylistyczne. W rzeczywistości można tam zagarnąć co drugiego wokalistę, który podjął się implikacji swojego głosu muzyce opartej na zgoła odmiennych zasadach, niż te majoryzujące w latach dziewięćdziesiątych czy wczesnych zerówkowych. I bez znaczenia tu jest, czy za trzon konstrukcji odpowiada drobiazgowa wypadkowa garaży i UK Bassu, czy lo-fi ornamenty wzmagane tematyką narkotyzmu, czy jeszcze odleglejszy horyzont brzmieniowy. Gdybym jednak musiał przydzielić Gallantowi konkretny blok artystyczny, to bez chwili zastanowienia sprofilowałbym mu fortyfikację okupowaną przez Toma Krella na Love Remains. Zastrzegam przy tym, że to wciąż byłaby kategoria bardzo orientacyjna, gdyż cechy obydwu muzyków pozostające w zbiorze AnB unaoczniają się nie w skali mikro, a odpowiadają za zrąb ich fragmentarycznego stosunku do operowania warstwą muzyczną.

A w jaki konkretnie sposób operuje nią Gallant? Na główny plan rzuca się przede wszystkim dobrze przemyślana segregacja podkładów autorstwa w znacznej przewadze Felixa Snowa. Podkładów politematycznie wycedzonych, oddychających szeroką gamą podgatunków, uściślijmy. Tutaj ważna informacja poboczna: facet jest niezłym zdolniachą i choć dotychczas nie miał zbyt wielu okazji na zaanonsowanie swoich umiejętności większej siatce słuchaczy, to jestem przekonany, że po sztosach rzuconych na tę EP-kę (wcześniej można było go kojarzyć głównie z całkiem średniego albumu Solany Rowe), spokojnie można rozpocząć dywagację nad liczbą miesięcy potrzebnych do wyrobienia sobie przez niego solidnej pozycji w orbicie niezależnego R&B. Bo, z całym szacunkiem do wkładu gospodarza w to wydawnictwo (umiejętności wokalne ma naprawdę ponadprzeciętne), to właśnie zręczne palce producentów odgrywają tutaj pierwsze skrzypce.

Senne pogłosy gitar w "Intrze” rozpuszczają się w ambientalnej lo-fi przestrzeni i sub-basowych podbiciach, co procentuje perfekcyjną prolegomeną do dalszej twórczości Amerykanina. Dwa kolejne indeksy są chyba najbardziej tendencyjne spośród tej kalejdoskopowej mieszanki – nie, że kiepskie, nawet odwrotnie, ale przy tym skrzętnie czyszczące wszystkie zakamarki pościelowej etykiety, która mi już się odrobinę znudziła. Jednak im brniemy dalej, tym momenty coraz ciekawsze – "I’ll Keep U” buduje jakąś enigmatyczną przystań zdeformowanych sampli wokalnych, "Sienna” zaskakuje niecodzienną konsolidacją struktury intymnego R&B z dubstepem, "Manhattan” zabija bezpośredniością i zdecydowanie najlepszym tekstem (”brainwaves living in stills/nightmares just floating on film/you found it in the white lies in the back of your mind/and you know it’s not the same reel that you dusted off before”), a "Ibuprofen” figuruje w mojej świadomości jako ten eksperymentalnie asymetryczny, najciekawiej zbudowany rytmicznie banger wzmocniony ślicznym falsetem Gallanta. Niby niewiele, ale w kontekście słabizny, jakiej dopuścił się na swoim trzecim krążku How to Dress Well, naprawdę może się to wszystko podobać.

Na zakończenie ustalenia wymaga jedna, ale za to bezgranicznie istotna rzecz – to nie jest żaden rewolucyjny, odciskający piętno na tej konkretnej wnęce artystów materiał, który z powodzeniem mógłby trafić do elementarza traktującego o najbardziej esencjonalnych dla muzyki dokonaniach obecnej dekady. Nie jest to tym bardziej EP-ka, którą należy żarliwie ignorować, bo nie pisał o niej Pitchfork, bo jeszcze inne absurdalne coś. Prawda znajduje się gdzieś po środku – Gallant sprawia wrażenie naprawdę zajebiście, ale to zajebiście świadomego człowieka, pewnego w swoich ruchach i podejmowanych decyzjach, z jednak nie do końca jeszcze ukształtowaną wizją twórczą. Wydaje mi się, wręcz zaryzykuję takie stwierdzenie, że wszystkie autorskie formaty stylistyczne, które zostały tutaj wszczepione, to nadal zaledwie kropla w morzu tego, co ma on do przekazania w dalszej odsłonie swojej kariery. Nie podoba wam się konsekwencja, z jaką How to Dress Well porzucał swoje ideały z pierwszej płyty na rzecz czułostkowo brzmiących ballad? Umilcie sobie czas Zebrą, nie pożałujecie.

Rafał Marek    
10 września 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie