RECENZJE

Future Trends
Dangers Of The Night

2010, bandcamp.com 6.4

"Ile takiego post-princowskiego popu dziewczyna znieść może?!" – ostatnio kotłowałam się w malignie tego niewygodnego pytania, aż w końcu z kompresem nadeszły nowe Futury. Andrew z Ohio nie zasponsorował mi, co prawda wycieczki w dotąd nieznane, niemniej randez vouz całkiem, całkiem i pierwszy raz była okazja przejechać się Sputnikiem numer 2.

Bowiem co, proponowane tu rzeczy bardzo intensywnie biorą z tego, co S.Shapiro, K. Pollar i Junior Boysi, a wcześniej – Valerie Dore już prezentować szansę mieli. Nie mam z tym problemu, bo na tego rodzaju mydlenie mi oczu, łasa będę chyba już zawsze. Łykam miętusa, zapinam pas, a nim kapsuła się zatrzaśnie, w eter rzucam jeszcze: Do zobaczenia! / Dnia nigdy nie wypuść z rąk / Zbieraj marzenia / Los zaśpiewa ci nowy song.

Piosenki, okrągłe dziesięć, wyjmują się jak z estetycznego etui na parkera, nie ma mowy o tym, żeby którąkolwiek tykać brudnymi łapami. Dystans, trochę staromodna galanteria powodują, lekkie zesztywnienie karku. Temu też, mimo dyskotekowych refleksów, w żaden sposób nie da się wtrynić tej płyty w taneczną formułę. Clark działa pod czymś jak windstopper, za nic nie pozwalając przedostać się niekonsekwencji w postaci jakiejkolwiek szalejowej beztroski.

Tak więc melancholia. Snująca się leniwie jak zaśpiewy ożyłych galionów (tych syrenowatych, ze statków-widmo, rzecz jasna). Całymi silosami wylewają się dźwięki, gęste jak flegma i monolog wieszcza na szczycie Mont Blanc. Szybciorem wskakuje w nie ckliwy wokal, na szczęście bez potliwej tendencji. Ot, bezwysiłkowe, wysokie tony drogich Pet Shopów.

Fakty przedstawiają się jak idzie po kolei: "wolniaki" od brzegu do brzegu. Z braku wyrwy na jakąś energetyczną głupotę, rzeczywiście trochę spada cukier.Wszystko w tonacjach chłodnych, od progu mówi o tym już obwoluta, elegancka i programowo "od kompletu" (prawdopodobnie handmade samego Clarka). "How I Remember You" i "Between Dreams" to dwie rzeczy, w których po szybkich, kawałkowych przegrzebkach, wyłapuję wyraźną Elisabeth Fraser, co cieszy i wzrusza i kusi, by tylko dla hecy, wyciągnąć się na błyszczącym katafalku. "Darkness" najmocniej pretenduje do wyłamania się z pazurów powściągliwego podkładu, od wczoraj wciąż jednak brakuje kilku milimetrów. Absolutnie na świeżości nie straciło zamrożone "Eyes From Heaven"- wydanie lutowe, na okładce zjawiskowa Romy Schneider. Oficjalnie wybrane na moją osobistą perełkę "Beach Club", bulgocze tłem jak sok wlewany z odl. 25 centymetrów i, co ważne, nie gubi przez to swojaszych, niedopompowanych właściwości. Clark grzęźnie leciutkim monolitem, ale po tych wszystkich Waszych tegorocznych, wodewilowych wyprawkach, pur radość mam z małej stabilizacji.

Magda Janicka    
29 grudnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja