RECENZJE

Future
Purple Reign / EVOL

2016, Epic / Freebandz 7.0  /  6.8

W ramach naszego małego dnia z Przyszłością cofamy się do przeszłości, aby raz jeszcze zerknąć na zeszłoroczne materiały Hendrixa. Niczym Polska, recepcja Future'a na naszym serwisie podniosła się z kolan w ekspresowym tempie. Od mojej listopadowej recenzji DS2, w której popisałem się karygodnym niezrozumieniem tematu, do rehabilitującego ósmego miejsca na liście końcoworocznej minęły zaledwie dwa miesiące. A dwa dni później ukazał się piękny hołd dla jeszcze wtedy żyjącego Prince'a.

Purple Reign trafiło w sam środek mojej zajawki na twórczość Nayvadiusa i miast ją przygasić, tylko mnie nakręciło. Ten luźno puszczony mixtape bez problemu można nazwać jednym z lepszych w dyskografii Wilburna, a najbardziej olśniewające momenty mogą stanowić trzon współczesnego rap-kanonu. Wiadomo, "Wicked" napędzające również rodzime "Gnocchi" (btw tancerze z tego występu), poruszające "Inside The Mattress" i numer tytułowy, czyli luźna wariacja na temat "Codeine Crazy" – cuda. Nad całością unosi się specyficzna, nawet jak na standardy Future'a, trudna do opisania aura, bardzo właściwa dla Purple Reign właśnie, a pomimo tego materiał jest względnie różnorodny i tętniący od pomysłów, ukazujący różne twarze naszego Kodeinowego Księcia. W zasadzie pozbawiony słabszych momentów (choć Zaytovenowski "Bye Bye" zdecydowanie odstaje) przepyszny deser po wcześniejszym longplayu i świetne wejście w 2016.

Niecały miesiąc był potrzebny na nadejście następcy. Pierwszy kontakt z kolejnym studyjnym albumem, EVOL, był dla mnie bardzo obiecujący. Stylistycznie, brzmieniowo Future tutaj to chyba mój ulubiony Future i zaryzykowałbym tezę, że to najspójniejszy materiał Nayvadiusa. Niestety nie znaczy to, że najlepszy. Pomimo bardzo dużej konsekwencji i równości kolejnych kawałków, brak tu bardziej spektakularnych highlightów. Produkcje (za które w głównej mierze odpowiedzialni byli Metro i Southside) eksploatują koronkowe, gęste przestrzenie, doprowadzone do perfekcji w "Thought It Was a Drought". Z tej masy zdecydowanie wybija się nieco słabszy trapowy wygrzew "Lil Haiti Baby" i eksperymentalny quasi-synthpop "Lie To Me". Trudno też przeoczyć zawodzenie Weeknda w "Low Life", a zamykający całość "Fly Shit Only" przez smutną gitarkę przypomina troszkę rap dla emo-memiarzy. Ciągle jednak płyta zdaje się kompetentną i satysfakcjonującą całością, dzięki swojej zwartości mniej przytłaczająca niż jej gargantuiczny poprzednik.

Potem nadszedł jeszcze mixtape z DJ Esco (też warty odsłuchu), luźne numery (w tym fantastyczny "Buy Love"), featy, a w końcu 2017. Wiemy już, jak się zaczął i aż strach myśleć, jak się może skończyć. Do usłyszenia wkrótce.

Antoni Barszczak    
8 marca 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja