RECENZJE

Future
FUTURE / HNDRXX

2017, A1 / Freebandz / Epic 7.0  /  7.5

Pamiętam, jak gdzieś na początku zeszłego roku Future udostępnił grafikę ilustrującą EVOL, intensywne, wymowne arcydzieło, stworzone – ciekawostka – przez warszawską agencję Ars Thanea. Nie żeby wydawanie płyt z partyzanta było wtedy czymś nowym, ale tak potężny bodziec potrafił rozpalić wyobraźnię nawet najtwardszych skurwieli, co w zestawie z ciężarem oczekiwań na pełnoprawnego następcę DS2 mogło skończyć się tylko w jeden sposób: głodem objawienia. Wszyscy wiemy, jaki jest epilog tej historii (choć też nie przesadzałbym, bo choć zawiodła, to była to jednak przyzwoita płytka, mind you). W tym roku Future poszedł o krok dalej: w krótkim czasie dostaliśmy nie jeden, ale dwa albumy, co rodzi pytania. Czy wydawanie dwóch godzinnych molochów nie zakrawa na megalomanię? Czy nie skończy się to spektakularną powtórką z rozrywki? Czy nie lepiej było zrobić jeden album, ale lepszy, z surowszą selekcją?

No i jeszcze pytanie zasadnicze: czy te albumy mają ze sobą coś wspólnego, czy należy je odczytywać jako całkowicie autonomiczne byty? To dosyć banalne, ale raczej słuszne spostrzeżenie w temacie, że gdy FUTURE penetruje trapową arbitralność, klaustrofobię i pewny wpierdol w ciemnej uliczce, HNDRXX migocze feerią barw, kusi ogromną przestrzenią, otwartością i magnetyzującym romantyzmem, zachęca do tańca. Ta dwubiegunowość Wilburna, będąca odbiciem zarówno jego osobistych przeżyć, jak i ewolucji muzycznych trendów, znana jest od dawna, a za jej świadectwo niech służą bodaj sąsiadujące na trackliście Honest "I Be U" i "Covered N Money" – dwa kawałki równie flagowe, co wyborne, acz należące do zupełnie innych światów. W tym świetle nowe albumy Future’a, wydane w odstępie tygodnia i spójne pod kątem formalnym (okładki, tytuły), wydają się na wskroś komplementarne, a tym, co je spaja, jest głęboka introspekcja, stopniowe rozliczanie się z przeszłością, datowaną od miłosnych uniesień w objęciach r&b, przez wyzwalającą artystyczne szczyty alienację okresu Monster-DS2, aż po stagnację dokumentowaną monotonią wydawnictw z zeszłego roku.

To swoiste rozdwojenie obu krążków tłumaczy też, dlaczego HNDRXX łapie za serce i uzależnia właściwie od pierwszego odsłuchu, a w FUTURE trzeba się wgryzać stopniowo, z dystansem, docenić raczej z umiarkowanym entuzjazmem niż z pozycji emocjonalnego skulenia. Słychać to nawet w warstwie produkcyjnej albumów: tu i tu obcujemy ze spreparowaną przez najlepszych zawodników w branży, (na pokładzie tradycyjnie Metro Boomin i Southside, ale też Zaytoven, Dre Moon, DJ Spinz i paru innych) dopracowaną paczką bitów, ale to na HNDRXX rozgrywa się fakturowe bogactwo (zachwytom nad wielopoziomowością outro "Coming Out Strong" nie przeszkodzi nawet zupełnie zbędna obecność Tesfaye), jakiego u Future’a w takiej skali jeszcze nie było, podczas gdy na self-titled podkłady, choć wciąż świetne, pozostają nieco bardziej szorstkie i wycofane. I to właśnie na FUTURE – nawet ze świadomością estetycznej różnicy potencjałów i z kilkunastoma odsłuchami w trybie podwójnego albumu na karku – czegoś mi brakuje. A konkretniej – takiej definitywnej kropki nad "i" przy ogólnym bardzo dobrym wrażeniu, wyrazistych highlightów, których na drugim krążku, jego Take Care, znalazło się na pęczki, by wymienić tylko drake’owskie "My Collection", moje ulubione, gwiazdorskie "Fresh Air", czy łamiące, gorzko podsumowujące całą tę wilburnowską epopeję "Sorry".

Z drugiej strony z każdym odsłuchem FUTURE odnajduję coraz więcej szczelnie zapakowanych w złotka słodkości; nie wykluczam nawet, że za kilka miesięcy oceny się wyrównają. Zachwyca spójność bitu z narzuconymi melodiami "Draco", trzymany w ryzach nerw "POA", zaytovenowski klawisz najcieplejszego w zestawie "When I Was Broke"; zamykające album "Feds Did A Sweep" budzi skojarzenia z "Colossal"; "Mask Off" odczarowuje sample z klasycznego prison-songu Tommy’ego Butlera po tym, co zrobił z nim KęKę, dziękuję pan Future. To są wszystko siódemkowe sprawy, bracie. Odpowiadając zaś na pytania zawarte w pierwszym akapicie: nie zakrawa, gdy jest się przekozakiem; nie skończy; nie było, bo oba były potrzebne. Jeden do wlewania drinów, drugi do wylewania łez, koło się zamyka.

Wojciech Chełmecki    
8 marca 2017
BIEŻĄCE
Hockeysmith"Lonely Loving Me"
10 najlepszych płyt 2018