RECENZJE

Furia Futrzaków
Furia Futrzaków

2010, MyMusic 7.6

Niczemu tak szczerze nie szalikuję, jak synth-popowej odnodze polskiej sceny muzycznej. Latami wyczekiwałem na taki moment, jaki mogli przeżyć fani gitar przy okazji debiutu Much. Furia Futrzaków raczej nie ma szans na wywołanie narodowego zrywu (frakcja gitarowa wciąż jest silniejsza, a sama muzyka znacznie bardziej skomplikowana), ale udaje jej się udowodnić tezę o zmianie mentalności w postrzeganiu muzyki. Poptymiści stają do ataku, tworząc najbardziej inteligentną, poszukującą, grającą formą i ociekającą kompozycyjną pomysłowością płytę w demokratycznej historii Polski. Jednocześnie, w tym momencie Furia Futrzaków prawie nie ma sobie równych na światowej scenie popowej. Doszliśmy do takiego momentu, kiedy nie może być mowy o żadnym przecenianiu polskiego artysty ze względu na narodowość, bo zwyczajnie, po złotym 2006 roku mainstreamowego popu, nie było wielu tak udanych płyt niosących popowe sztandary. Oczywiście jestem wdzięczny Ramonie Rey i Plasticowi za podnoszenie mnie na duchu w ostatnich latach, Reni Jusis za granie roli matki chrzestnej tej sceny (Elektrenika nadal pozostaje niepokonana), ale gdybym chciał komuś z zagranicy pokazać dokonanie współczesnych muzyków z Polski, które napawa mnie szczególną dumą, wybór nieuchronnie musiałby paść na Furię Futrzaków.

Zupełnie nie wiem od czego zacząć. Czy porozwodzić się nad umiejętnym prowadzeniem kompozycji, czuciem melodii, zwrotami akcji? Czy przepisując fragmenty tekstów, zachwycać się poetyckimi zdolnościami Kingi, jej inteligentnym komentowaniem romantycznych relacji i kobiecej psychiki? Czy opisać jak skrajne uczucia targają mną przy słuchaniu jej wokalu? Może jednak docenić od razu zauważalną niebywałą staranność produkcji i jej bogactwo? Nie pytania retoryczne mi w tym pomogą, skoro wydaje mi się, że tego typu problemy wynikają chyba z najbardziej charakterystycznej cechy tej płyty i tylko na niej mogę się skupić. Furia Futrzaków przytłacza. Już parę razy spotkałem się z opinią, że mnogość pomysłów aranżacyjnych przesłania kwestie melodyczne, ale moim zdaniem nie tu leży problem, bo przecież świetnych melodii, których nie da się nie zauważyć, jest tu tyle, ile cukru w cukrze.

Chociaż Furia Futrzaków dekonstruuje różne trendy w muzyce elektronicznej i popie, to ich piosenki nie poddają się łatwo takim praktykom. Emocjonalna, wykrzykiwana ekspresja (Ramona Rey czasem wypada przy Kindze jak konserwatystka), hooki goniące hooki, fenomenalne linijki, wijące się aranżacje, wciągające kompozycje – to wszystko niewątpliwie zalety, ale upieczone razem tak, że nie jestem w stanie odebrać ich pojedynczo. Po każdym kolejnym odsłuchu płyty orientuję się, że jestem zachwycony, ale jednocześnie zmęczony, bo praktycznie nie jestem w stanie rozebrać tych utworów na części. Ewentualnie czasem zwracam większa uwagę na drobnostki aranżacyjne w "Pali się", czasem tylko na wokal, innym razem doznaję linijek takich jak "Spotkałeś gdzieś inną taką jak ja", ale to są tylko momenty, szczegóły – tak integralną i dopracowaną całość stanowią dla mnie te piosenki. I to jest największe źródło przytłoczenia, ale i przyjemności – tak powinno się pisać muzykę, tak żeby nie było wiadomo, gdzie jesteś i co się dzieje. Brokatu deszcz etc. Andrzej i Kinga wydestylowali kreatywność w czystej formie, problemem nie jest wcale – odczytywane pewnie z własnej niemocy – przekombinowanie, choć tak naprawdę jedynym argumentem może być rosnąca ocena albumu po każdym odsłuchu, na skutek stopniowego oswajania się z tym całym barokiem. Zresztą dzięki temu wcale niegłupie jest myślenie o pokrewieństwie z Sa-Ra i Embryonic. Nawiasem mówiąc, Kinga i Andrzej przyznają się do źródeł tkwiących w elektronice i popie lat 80. i 90., ale nie umiem ich sobie wyobrazić bez wpływów lat zerowych. Gęstość i dopieszczenie często kierują moje skojarzenia w stronę absolutnych highlightowców tej dekady: gotyckiej teatralności The Knife, wyzywającej słodkości Kylie, kombinatorstwa Maxa Tundry, agresywności Timbalanda circa "Maneater" i innych.

Efekty oswajania się z materiałem są takie, że "Serce Robota" to już dla mnie Furia Light, a chyba najbardziej popierdolonego "Pod Latarnią" (krzyki Kingi: Ramonowe "Jak To Widzisz" w wersji hard vs. Wanda i Banda czy inna "Szklana Pogoda"; mam zresztą taką teoryjkę, że w kraju, w którym od dłuższego czasu ceni się rockistowskie, "ostre" wokalistki, Kinga Miśkiewicz ma nawet spore szanse na sukces, choć już kontrastująca słodycz barwy i urody, paradoksalnie wcale nie musi jej sprzyjać – kategoria "autentyczności") nadal trochę nie ogarniam, choć znam nie od dziś. Moim zdaniem jednak fajniejsze są płyty, które trzeba przetrawić i które zostawiają ślad kaca. Kac jest przecież zmęczeniem, wspomnieniem i niezdrową zachętą do kolejnej próby. "Zmieszałam znów koktajle, Ciebie i gin". Już nigdy więcej nie będę pił. Już nigdy więcej nie posłucham albumu Furii Futrzaków. "Opór powietrza mi nie pozwala".

Oczywiście ta płyta ma jakieś logiczniejsze wady niż wywoływanie projekcji nietrzeźwości. Najmniej podoba mi się "Impreza Zamknięta", gdzie moim zdaniem doklejono piosenkę do refrenu – w sumie kto chciałby marnować taki refren. Jednak szczególnie ciężko mi przeboleć "Nie Mówię Nie". Mógł on być najlepszym utworem w zestawie – ambientowo-dubowy klimat uzyskiwany przez syntezatory dalekie od banalnych presetów, schizofrenicznie nałożone na siebie wokale Kingi i wreszcie moment pięknego otrzeźwienia na wysokości 1:44, pełnego zachęcającej pewności. Tylko, że zaproszenie Michała Gasza (jakieś piosenki z Rubikiem, Magda Umer, tego typu rzeczy) do współpracy ciężko nazwać dobrym pomysłem. Gość ciągnie tę alegorię intymności w stronę poezji śpiewanej, a niczego bardziej nienawidzę niż pierdolonej poezji śpiewanej. Taką porcją żalu chyba zamknę tę recenzję, bo chyba i tak nie zmierzam do żadnej konkluzji. Myślę zresztą, że musi jeszcze minąć trochę czasu, aby do mnie przybyła. Do słuchania marsz i nie poddawać się, jak nie od razu przybędzie zachwyt.

Kamil Babacz    
20 kwietnia 2010
BIEŻĄCE
Różni WykonawcyAir Texture Vol. VI
ObjektCocoon Crush