RECENZJE

Function
The Secret Miracle Fountain

2006, Locust Music 7.9

Wedle wierzeń i mitologii wielu kultur, istnieje cudowne drzewo, od którego zaczęło się życie na Ziemi. W tym roku koincydentalnie było mi dane poznać dwa "dzieła sztuki" eksploatujące ten niezgłębiony topos. Darren Aronofsky w swoim trzecim oficjalnym filmie zatytułowanym The Fountain podjął się odważnej próby wniknięcia w sprawy, które ciężko ująć słownie czy wizualnie, ale ryzyko i determinacja w szczerym dążeniu ku rozwiązaniu tajemnicy opłaciły się, bo powstał – jakkolwiek zahaczający o kicz – to w sumie przejmujący obraz walki z nieuchronnością finału wpisanego w egzystencję człowieka. Natomiast wiele miesięcy przed premierą Źródła, w śnieżnych dniach lutego australijski projekt Function otarł się wprost o tę samą problematykę ponad siedemdziesięciominutową płytą The Secret Miracle Fountain. Ledwie prześlizgnąłem się po powierzchni rzeczonego zagadnienia, więc nie wiem czy zespół wyczerpał je tekstowo. Aczkolwiek fraza "Garden of Eden" pada w "Sinai (Freedom Doesn't Care What I Do)" (i tam zresztą wystarczy nadstawić ucha konkretniej, a się wydobędzie więcej dowodów na potwierdzenie mojej interpretacji). Wątpliwości nie pozostawiają zaś okładka (kto widział film...) oraz warstwa dźwiękowa.

W znacznej części jest to instrumentalna odyseja. Można ją porównać do podwodnej żeglugi, gdzie co jakiś czas napotykamy na bardziej zwarte formy – piosenki. Znamienne, że w roku który obrodził wyśmienitym ambientem, "Prayer In Tonal Forest" czy "New Music For Bowed Animals" nie ustępują pasażom Heckera, Whitmana czy Hatakeyamy. "City River Rock" to polifoniczna poezja wyższych lotów, przy której muszę skapitulować w kwestii jakichhkolwiek analiz, bo przecież nie chodzi o to na co jest ta impresja zaaranżowana i że wewnątrz sennego alt-country/rootsowania nigdy nie spotkałem programowanych bitów&blipów. Chodzi o kompozycyjną magię, organiczne przeplatanie się temacików. Inna rzecz że właśnie takie objawienia przypominają mi dlaczego nie doznaję przy większości dorobku grup w rodzaju Califone, Silver Jews, Crooked Fingers etc. Z kolei "Shards", "Hanalei (Alone With The Real Magic Dragon)" i "Thunder's Freshwater Tears" usprawiedliwiają moje uprzedzenie do prężnej niedawno fali obrzędowej, post-animalocollective'owej. Na porządku dziennym wkradają się muzyczne nawiązania do egzotycznych i orientalnych tradycji, co ma sens w świetle całościowego konceptu, ale nigdy nie jest użyte nachalnie czy tanio.

Tak toczy się ta pływająca narracja spajana halucynogennymi interludiami i przerywnikami, lecz kiedy już wplatane są konwencjonalne songi, otrzymujemy perełki. "Sinai" i "Beloved, Lost To Begin With" operują pokrewnymi, introwertycznymi i medytacyjnymi emocjami, do Microphones w swoich stricte balladowych, szlochających przejawach. Zaadaptowany do teraźniejszych standardów produkcyjnych wczesny Neil Young nawiedza w "The Red Hook Overview" (gdzie pojawia się skrawek linijki będącej tytułem jednej z tysiąca płyt No-Neck Blues Band, ale to chyba takie powiedzenie po angielsku, a padają też: nazwisko pewnego znanego psychoanalityka oraz tytuł mojego albumu wszechczasów). Z taplającej wody wyłania się "Unshaken (Positively Implacable)", nie tylko stylistycznie, ale i artystycznie przynależący do ciepłego, epickiego, ozdobnego popu You Forgot It In People (fortepian, chórki, osamotnione dęciaki, powrót do kolektywnych, stonowanych jamów). Opisowi wymykają się: niespodziewane wybuchy niezal-rockawych (Sonic Youth nagrane w oprawie Elephant 6?) riffów w "The Wind Itself" a także "Electric Outcome" – dawka czterominutowego, niewysłowionego piękna ze zbliżonych rejonów brzmieniowych co powyżej (może z odrobiną Summer Hymns w domieszce), wykonana z towarzystwem kontrabasu.

Function to właściwie ensemble głównego songwritera Matta Nicholsona, działający chyba na zasadzie wieloosobowych indie-kolektywów Circulatory System, Of Montreal czy wspomnianych Microphones i BSS (u tych ostatnich akurat dwóch liderów). Od razu uruchamia się tu znana doskonale otoczka, którą potwierdzają biografia (rejestrowanie niezliczonych taśm domowych przed kontraktem – The Secret Miracle Fountain jest ich drugim "oficjalnym" albumem) i zdjęcia ("dobro" w obliczu) formacji. Nie tylko taki schemat, ale i estetyka ocierająca się w sporym procencie o rozlazły folk, beztreściowy slo-core i zawodzące lamenty wokalne zwykle mnie mierżą i żenują. Utwory się ciągną i nie chcą się skończyć, każdy motyw rozprowadzony do skraju cierpliwości... Ale Function rozwiewają pozory, przełamują stereotypy, ponieważ to niby-smęcenie jest generalnie na maksa wyrafinowane, a majaczeniu pomaga zakamuflowana ślicznie kompetencja kompozytorska. Nikt w tym roku nie potrafił stworzyć tak wzruszającej muzyki jak oni, choć ich cele są biegunowo odmienne od deklasacji konkurencji – Matt i jego przyjaciele pragną jedynie podzielić się strachem przed końcem, oddać niepokój nad najważniejszymi sprawami i odnaleźć w tym wszystkim nadzieję, która i tak z góry skazana jest na porażkę.

The Secret Miracle Fountain wymaga specyficznego podejścia. Nie słucha się takich krążków często, jeśli tylko z powodu higieny psychicznej (łatwo o przygnębienie). Nie są to kawałki które można puścić komuś na wieży lub w samochodzie z podjaranym okrzykiem "hej, patrz jak wymiatają!". Występuje tu jednak nieuchwytny i niewytłumaczalny przekaz podprogowy. Zaciera się granica między nudą, a wstrząsającym dotknięciem jakiegoś sedna, które boję się zdefiniować. "Coś się rodzi". Może o wyjątkowości longplaya zadecydował niecodzienny proces jego powstawania (ponad trzy lata w różnych miejscach, w tym – Egipcie, Japonii, Wenecji; ponad trzydziestu gości na sesjach)? Pojęcia nie mam, ale ostatecznie – dość unikatowy przypadek, zwłaszcza jak na obecne czasy w muzyce.

Borys Dejnarowicz    
29 grudnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie