RECENZJE

Fun Lovin' Criminals
Loco

2001, EMI 7.1

Czasem sobie myślę: czy coś może mnie jeszcze zaskoczyć w tej całej muzyce? Ale, zrozumcie, nie chodzi mi tu o jakieś porażające doznania, jak na przykład to, że poznałem pewnego dnia zespół Dismemberment Plan, którego przecież nigdy wcześniej nie słyszałem, i oczywiście powalił mnie na ziemię. Nie mówię również o wrażeniu, jakie zrobiło na mnie w dniu premiery Kid A, bo nie oszukujmy się, można się było spodziewać czegoś niesamowitego. Istnieje natomiast grupa takich wykonawców, którzy tkwią w mojej wyobraźni zamknięci na ustalonej półce. I oczywistym jest, że nigdy z tej półki się nie wydostaną. Dobre płyty mogą nagrywać tylko dobre zespoły. Słabe zespoły mogą co najwyżej umilić czas na dyskotece. To się nazywa ustalona hierarchia wartości, nieprawdaż?

Wiecie, my tu w Porcys staramy się zajmować ambitną muzyką. Cokolwiek by to nie znaczyło. Skąd więc w tym zestawie jakieś Fun Lovin' Criminals? Zagorzały artrockowiec powie (jak już wydobędzie się spod sterty Yesów, Marillionów i wczesnych Genesisów): "Ach tak, to ci kolesie, co to lubią imprezować, he, he". W teledyskach FLC aż roi się od skąpo odzianych, atrakcyjnych pań, podrygujących radośnie do zabawowego rytmu. Pacjenci z FLC twierdzą, że obchodzi ich tylko dostarczenie solidnej porcji rozrywki młodym słuchaczom". Fun Lovin' Criminals – plaża, zimne drinki, panienki... i nic więcej. Też tak myślałem, aż przypadkowo udało mi się posłuchać ich nowej produkcji, zatytułowanej Loco.

Wszystko przemawiało przeciw nim. Do tej pory siedzieli sobie u mnie spokojnie na jednej z niższych, szczelnie zamkniętych półek. Kontakt z tą muzyką traktowałem raczej w kategoriach humorystycznych. No bo przecież, co, gdzie, z czym do gości? Wcisnąłem "play". Pierwszy kawałek, "Where The Bums Go" okazał się żałosny. Prymitywny punkowy riff i kilku nawalonych kolesi ryczących na całe gardło: "Buuuuums!". Boże, jaka nędza, pomyślałem i zaśmiałem się pod nosem. No tak, przecież to Fun Lovin' Criminals.

I wtedy stał się cud. Karaibski rytm, funkujący basik, ciche dźwięki elektrycznego pianinka w tle. Nagle poczułem ten groove. Wyobrażacie sobie, poczułem groove, choć wcale nie mam na imię Bartek. W refrenie zacięła mnie w szyję kapitalna, skromna, ale trafiona w dziesiątkę partia gitarki. Koleś powtarzał wciąż "You Gotta Be Crazy", ale brzmiało to zupełnie inaczej, niż głos Watersa na początku "Dogs". Było w tym coś dziwnie optymistycznego, rozluźniającego. Z rozdziawioną buźką spojrzałem na okładkę. Właśnie wysłuchałem utworu tytułowego.

Niespodziewanie, sprawy potoczyły się nadzwyczaj szybko. "The Biz" oferował nieziemsko zmysłowe, onomatopeiczne kobiece jęki w refrenie. Na tym tle kolesie z FLC rapowali sobie w najlepsze. I znowu ten bas. Tym razem kroczący dostojnie i luzacko jednocześnie. Tkanka dźwiękowa nie pozostawiała nic do zarzutu. Rozwalił mnie na pół kawałek następny, "Run Daddy Run". Znowu dzwoniące pianino, łaskocząca w podniebienie gitarka, skrawek saksofonu z pogłosem. Świetne. Świetne harmonie. Świetny feeling. Ale przede wszystkim totalna olewka. Wszystkich i wszystkiego. Uwaga! To jest zaraźliwe!

Nikt mi nie uwierzy, co się stało później. "Half The Block". Delikatny wstęp, płacząca gitara, smyki i leniwy beat. Wokalista Huey zaczął opowieść swym niskim, "Barry-White-ma-fajny-timbre" głosem: "Sixteen heartbeats...". Melodia refrenu była cudowna. Rozmarzyłem się. Omal się nie rozpłynąłem w tej melancholii. Krótkie solo trąbki, półsenne klimaty. Zabawne, nagle ale zobaczyłem siebie jako pięcioletniego brzdąca. To była prawdziwa reminiscencja. W tych rozklejonych nutach zawarta była ponadczasowa prawda o przemijaniu, o upływie czasu. Podskórnie to czułem. Koniec przyniósł pełne ukojenie. Odległa, niebiańska gitara wyprowadziła mnie z tego snu. I pomyślcie tylko: Fun Lovin' Criminals!

Do końca było bardzo ciekawie. Bo prawie każde z tych czternastu nagrań jest bardzo udane. Kolesie umiejętnie improwizują na wyżej opisany temat. A więc jest tłusty beat, basowy groove, przestrzenne, jazzujące aranżacje. Soul, funky, hip-hop i odrobinę własnej fantazji. "Bump", oprócz kapitalnego podkładu, przykuwa uwagę ciekawym, "ulicznym" tekstem, historyjką "z życia wziętą". "She's My Friend" jest kolejną kołysanką, z usypiającymi akustycznymi gitarami. No i jeszcze wyjątkowy, eksperymentalny "There Was A Time". Właściwie instrumentalny utwór, z przejmującym żeńskim lamentem dobiegającym z oddali.

A więc totalne zaskoczenie. Ale gdyby nie zaskoczenia, to czy ten świat nie byłby zwyczajnie nudny? Huey, Fast, Mackie – szacunek. Teraz jestem w stanie uwierzyć, że dobrą, interesującą płytę nagra nawet Limp Bizkit. Nawet Blink 182. Nawet Wheatus! No, może trochę przesadziłem.

Borys Dejnarowicz    
17 października 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie