RECENZJE

Fucked Up
The Chemistry Of Common Life

2008, Matador 6.2

Spierdalaj, Fucked Up nie będą spełniali twoich oczekiwań. Czego się spodziewasz po zespole z Kanady, który zaprosił kiedyś Owena Palletta do nagrania smyczków? Melancholijnych piosenek z cymbałkami na długie i mroźne wieczory? Ha! Niedoczekanie! Ok, nazywają się Fucked Up, więc może nie spodziewalibyście się melancholijnych piosenek. Ale i tak Fucked Up mają w dupie wasze oczekiwania! Bo co? Spodziewalibyście się, że zespół o takie nazwie może zaprosić Owena Palletta do nagrania smyczków?! Ha! Hardcore'owy zespół, no nie powiedzielibyście.

Ale te smyki to kiedyś, a w jaki sposób zaskakuje The Chemistry Of Common Life? Cóż, nie jest to album dla purystów z "Pasażera" – ta płyta zaczyna się od solowej partii fletu, do cholery! A potem odkrywają przed słuchaczem swoją główną istotę: to punkowy / hardcore'owy zespół z trzema gitarami, który nagrywa po siedemdziesiąt ścieżek gitar i ma wokalistę, który działa tylko w jednym trybie: GRRRRRRRRAAAAAAAAGHHHHHHHHHH. Serio, Damian "Pink Eyes" Abraham brzmi (i wygląda) jak D. Boon na sterydach – sam warkot, zero subtelności. To zupełny wokalny kombajn, polegający tylko na chórkach w kwestii umożliwienia słuchaczowi wzięcia oddechu, tudzież umieszczenia w utworze jakiegoś hooku. Ale, tam do chuja, otwierający The Chemistry... "Son The Father" to gargantuiczny (znaczy, grubo ponad sześciominutowy) wymiatacz. Fucked Up nie są już później w stanie dosięgnąć tego poziomu.

Ale nie można odmówić zespołowi starania się. W czasie trwania albumu przynajmniej kilka razy zaskakują – orientalne intro w "Magic Word", ładne żeńskie wokalizy na końcu i początku "No Epiphany", mistyczne zaśpiew w "Royal Swan", shoegaze'owa aura gitar wszędzie. Odnosi się wrażenie, że Fucked Up zasadzili się na wysokobudżetowe, filmowe arcydzieło w stylu Source Tags & Codes. Nie udaje się, płyta momentami się dłuży i przestaje angażować mózg słuchacza. Może to być spowodowane jednostajnym warkotem Abrahama, który pewnie jako osamotnione dziecko został znaleziony i odchowany przez ludzi z SST. Jest mocarnym wokalistą, ale ozdobne aranże i ciekawe kompozycje czasami rozbijają się o jego głos, chociaż prawdopodobnie takie było założenie zespołu. Sprawią ci przyjemność, ale nie bez rozkurwienia cię młotem. Trzeba jednak przyznać, że jeden z bardziej zapadających w pamięć momentów na płycie, to refren "Black Albino Bones", którego nie śpiewa Pink Eyes.

Trudno mi jednak odmówić Fucked Up okazji do oplucia mnie i wytarzania w błocie. Nie są tak dobrzy jak się wydaje wszystkim dookoła, ale są dobrzy. Soooolidneee gitarowe granie.

Łukasz Konatowicz    
30 grudnia 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie