RECENZJE

Fucked Up
David Comes To Life

2011, Matador 6.6

”–Lecz jeśli niespodzianie ktoś obcy tutaj stanie, pan zegar, gdy zapieje kur, dmie w rząd przedętych rur. Dziś zbudzi cię koncercik taki. Boisz się ? Nie.” A ja przyznam, że trochę się obawiałem. Bo nawet Wikipedia słusznie, acz nieco tendencyjnie, wie swoje: że rock-opera to koncept, po który sięgają bandy całkiem wyprane z pomysłów. Poza tym, gdzie ją wystawić w takim mieście jak wyspiarskie Byresdale Spa, w którym sprane jest niemal wszystko, każdy kolor, prócz może rudych pobazgranych cegłą ścian i ołowianego nieba ciężkiego od dymu z fabryk. Nikomu nie chce się tutaj organizować nawet szkolnego teatrzyku, a życie kulturalne kwitnie jedynie przed budkami zawijanych w stare gazety fish & chips. Brud i wkurwienie wymiata na ulicę różne punkowe śmiecie, kryjące się jak szczury w piwnicach i garażach by tam szprycować się hałasami i hasłami. Przekonali samych siebie, na spotkaniach w podłych barach, że powstanie jest możliwe i że zacznie się zaraz.

A o czym myśli David Eliade, gdy słońce stoi nad fabryką, lecz promienie nie sięgają ulic? O żarówkach, które produkuje, aby oświetlić mroczną rzeczywistość? O Veronice Boisson, uroczej komunistce, dla której zrobiłby wszystko? ”We’re dying on the inside”, a przecież możemy przestać, uzbrójmy ładunek i wysadźmy się trzymając za ręce, wykrzykując im nasz głośniejszy od bomb sprzeciw.

Podobnie jak bohaterka tej arii, także muzycy Fucked Up, zostają wyjebani w dobrej wierze w czasie przedwczesnego wybuchu. Giną pięknie, w ikaryjskim geście porywając się na słońce, ale to, co początkowo porusza, w miarę upływu czasu rozwiewa się i zaciera w pamięci. David Comes To Life wcale nie traci z powodu ścisłego przestrzegania reguł ramowości. Bez zbędnych kompozycyjnych udziwnień narracja swobodnie przechodzi w kwestie bohaterów, a zaproszeni goście nawiązują dialog w iście kanadyjskim stylu, którego owocem choćby dziwacznie przebojowy ”The Other Shoe”. Zarówno Madeline Follin jak i Jennifer Castle wprowadzają sporo arkadyjskiego ognia, nieraz przypominającego też o Superchunk. W czasie pracy nad albumem zespół szlifował niemal czterdzieści kompozycji, wymyślał i reinterpretował historię Eliadego (ducha przewijającego się w cieniu towarzystwa od paru dobrych lat), wydał także składankę fikcyjnych bohaterów swego mikroświata. Wszystkie te zabiegi miały wpływ na całkowite odejście od purystycznie rozumianego hardcore’u i zwrot w kierunku jeszcze bardziej urozmaiconych gitarowych wzorów. Bohaterem pierwszoplanowym nadal pozostaje jednak Damien ”Pink Eyes” Abraham i jego szorstki wokal. Nieogolony jak robotnik jadący do fabryki skoro świt i przepity jak ten, który wraca wieczorem do domu, ten głos niekiedy kłóci się, wszczyna awantury lub zwyczajnie nuży, jednak w połączeniu z brodatym tłuściochem zafascynowanym zapaśniczym chwytem, kładzie na nas ciężką łapę i samookalecza za jednym zamachem jak niegdyś Mickey Rourke. Jedno jest pewne: facet musi chrapać w niebogłosy.

I z biegiem czasu, nawet najtwardsi również zmrużą oko, bo nowy album Fucked Up cechuje rzeczywiście operowa długość. Nie miejcie mi za złe, ale gdy oglądałem kiedyś cytowane na wstępie dzieło Moniuszki, ziewałem jak austriacki cesarz demonstrujący irytację na wiedeńskich premierach i dopiero, gdy wypuścili jastrzębia, który przefrunął nad widownią, nieco się ożywiłem. W czasie innej dłuższej posiadówy moją uwagę przedstawieniu zwrócił kłusujący po scenie rumak, co nie znaczy wcale, że byłbym znów skłonny poświęcić pięć chwil Parsifalowi. Wiem, że nie wybierałem najlepiej, tym razem trafiłem dobrze: nowy album Fucked Up to świetny materiał, bez żadnych mydlanych chwytów, ale widocznie nawet wypuszczenie na deski rozbestwionego dzikiego słonia nieprzerwanie dmącego w miechy nie gwarantuje w naszych czasach utrzymania koncentracji na tak długo.

Wawrzyn Kowalski    
21 czerwca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy