RECENZJE

Frog Eyes
The Golden River

2003, Global Symphonic 6.5

Wszyscy zmęczeni mało utalentowanymi popłuczynami po Nicku Cavie, Waitsie i im podobnych niech piorunem biegną do sklepu (internetowego) zaopatrzyć się w album Frog Eyes, bo zdaje się, że w postaci frontmana tej grupy, wspomaganego talentem pozostałych, wyrasta nam paranoiczny trubadur na miarę naszego, nowego pokolenia. Dawno nie słyszałem takiej hipnozy na gruncie mrocznego gawędziarstwa i niespełnionego niestety potencjału.

Pierwsze trzy fragmenty The Golden River to zwariowane przedstawienie, zamaszysty spektakl, rozmach, ekspresyjność, ekwilibrystyka, gwałtowna "gestykulacja" wokalna, dramatyczne zawodzenie, psychoza ubrana w epickie szaty. Rzecz przypominająca do tej pory nie wymyślone, wystrzelone w kosmos wycinki z inscenizacji teatralnych do dokonań Jeffa Manguma, momentami zachwycająca polotem w układaniu przeobrażeń harmonicznych, przeplataniu struktur. Głównym aktorem dominującym swoją charyzmą całe przedstawienie jest obdarzony ogromnymi możliwościami wspomniany lider formacji, człowiek o słabych nerwach – Carey Mercer. Jak na kilka sekund uderza w górne rejony skali, potrafi zbliżyć się do płaczu. Innym razem bulgocze, eksploduje, wychodzi ze skóry, załamuje się, rozpacza, entuzjazmuje etc. Teledysk powinien przedstawiać wokalistę pędzącego w stronę słońca na ognistym rydwanie Heliosa. Mówię zupełnie poważnie. I czy ktoś czytał teksty tego gościa? O malarskiej oprawie graficznej nie wspominam, ale liryki – toż to w większości pełnoprawne poematy, bez kitu. W dodatku jakieś pojebane.

Obawiam się jednak, że na wysokości "Miasma Gardens", czwartego tu tracka, konwencja teatralno-homerycko-operetkowa zaczyna się wyczerpywać i staje się okropnie nużąca. Mercer nie potrafi lub nie chce ponieść dalej rozpierającej energii wokalnej początkowego tercetu, adrenalina spada na łeb, osiągając wyjątkowo niskie wskaźniki, a Frog Eyes średnio udanie odnajdują się w atmosferze zdołowanego dekadentyzmu. Ich niepokojąco odchylone od standardów psychicznej równowagi projekcje teoretycznie powinny pozostać ciekawostką, ale kiedy już minie pierwsze oszołomienie, zastąpione przyzwyczajeniem do niespotykanego stylu, do błyskotliwych, bujnozłocistych mozaik, przeplatanych płynącymi z trudno identyfikowalnych źródeł hałaśliwymi efektami albo fortepianowymi impresjami jak z kawiarnianych recitali, wtedy nawet oryginalność Frog Eyes przestaje być atutem. Przekombinowali bardzo, w bardzo ostrych słowach.

Przykładowo misterny "A Latex Ice Age" rozdrabnia się i rozprzestrzenia niczym wyrafinowane orkiestralne drobnoustroje. Wkroczenie operowego chórku tworzonego przez Carolyn Mark i Mercer wyciągający najwyższe tony przenoszą w sfery niebieskie, ale uchwycenie konkretu w tym pokazie jest zadaniem trudnym, co owocuje umiarkowanym znudzeniem. Jeszcze mniej zajmujący okazuje się pomysł z przepowiednią wyroczni w "Orbis Magnus", czymś na kształt dźwiękowego krajobrazu po bitwie, podminowanego sporadycznymi wybuchami albo mglista idea poważkowego piano concerto w środku "Soldiers Crash Gathering In Sparrow Hills". Odrobinę waitsowskie "Time Destroys Its Plan At The Reactionary Table" zaskakuje i kurewsko irytuje dziecięco-industrialnym podkładzikiem niemal jak z bajek o wilkach i rumcajsach albo głupawych, denerwujących komedii sytuacyjnych, konkretnie stanowiąc soundtrack do sceny, w której bohater zakrada się od tyłu do innej postaci, żeby wylać jej wiadro wody w spodnie (autentyk).

Jeden z moich wykładowców zajmujących się literaturą amerykańską, dr Paryż, znany jest z żywego zainteresowania problemem szaleństwa. Wszędzie dostrzega ten motyw (niektórzy mówią, że z nim samym jest coś nie tak). Że niby na każdym kroku "nie wszyscy w domu". Madness here, madness there. He even wrote a book about it. Hey, dude, write a song about it. Write it right now. Hey, radiohead, creep, dickhead. To ja mam żabie oczy? Gdyby dr Paryż przynajmniej odpowiadał na grzeczne "dzień dobry" na korytarzach instytutu, może rozważałbym jego osobę przy CDRowej dystrybucji Golden River. A tak, szaleństwo Frog Eyes, ciekawe na kilka pierwszych zetknięć w najlepszym wypadku, pozostanie niedocenione w zaciszu mojego mieszkania. Przesłuchanie tego dziesięć razy kosztowało mnie tyle nudnych godzin, że mam ochotę powiedzieć im: zejdźcie mi z oczu, idźcie się fakać.

Michał Zagroba    
24 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie