RECENZJE

Friends
Manifest!

2012, Lucky Number 5.9

Pamiętam dokładnie, jak Samanthę Urbani opisała Luiza w podsumowaniu singli 2011r. Czytając ją miałam ochotę przybić pionę i dołączyć do tego fanklubu lasek tak zachwyconych, że aż pozbawionych zazdrości (mam koleżankę, która jest do S.U. bardzo podobna – tutaj już szlachetne uczucia nie obowiązują). Zjawiskowość Samanthy chyba idealnie oddaje amatorski filmik na Youtube, wywiad z nią nakręcony w środku imprezy. Urbani wpatruje się w kamerę i opisuje swoje zamiłowanie do nietypowo umiejscowionych rzeczy na przykładzie mikrofalówki na szafce nocnej oraz opowiada o swojej obsesji z dzieciństwa – zbieraniu nie lalek, ale opakowań od słomek. Sęk w tym, że robi z tego naprawdę wciągającą historię. Mogłaby ją zrobić ze wszystkiego, bo ma nieskrępowaną wyobraźnię i urzekającą charyzmę.

Cała ta ladacja jednak nie do końca przekłada się na jakość pierwszego krążka Friends. Wydawnictwo jest bardzo nierówne – prawdziwe perełki samodzielnie zdefiniowanego weird popu przeplatają się z weak popem, jeśli można tak określić całe to muzyczne niedorobienie. Krążek otwiera "Friend Crush", godny następca bynajmniej nie przecenionego przez nas "I'm His Girl". Śpiewnie skandowana zwrotka z wyraźnie zarysowaną sekcją rytmiczną to dopiero początek. Prawdziwą wisienką na torcie jest refren – przeplatanka uwodzicielskiego wokalu, zdecydowanego basu i poszumu marakasów w tle. Dzieło dopełnia uroczy klip nawiązujący do sesji zdjęciowych playboya z lat 70tych i domowych produkcji filmowych lat 80tych, w roli głównej Samantha jako Szeherezada. Kolejnym momentem, do którego lubię wracać, jest "A Thing Like This" – piosenka, którą wokalistka podaje jako przykład głębokich, tudzież filozoficznych, przemyśleń na płycie. Cokolwiek siedzi w jej głowie, ujmuje to w sposób niezwykle przystępny, zaprowadzając równowagę między żartem i nostalgią. Intrygujący dialog klawiszy i gitary wprowadza melancholijną opowieść, która około drugiej minuty przeradza się w cukierkowy chórek-mostek, aby jeszcze bardziej spopielić przesłaniem zwrotki i w ostatnich dźwiękach totalnie nas omamić! Tylko dlaczego zaraz potem zbezczeszczona zostaje świętość tego krążka? "I'm His Girl" w remiksie Arthura Bakera nijak nie dorównuje własnej inspiracji, miernie wypada także remix "Friend Crush" w wykonaniu Jake'a Bullita. Jedno szczęście, że wspomniane przeze mnie mocne momenty krążka zostały przemyślnie rozłożone, odsuwając nas od zrobienia Przyjaciołom papa na długo przed końcem albumu.

Odnoszę wrażenie, że Samantha "I'm on my way" Urbani przejechała się na swojej wolnej Amerykance w planowaniu kształtu płyty. Wychowana w sposób bardzo liberalny (edukacja domowa) i równie liberalnie podchodząca do życia (otwarte związki), może nazbyt liberalnie podeszła do tworzenia muzycznego "Manifestu", od którego jednak oczekuje się spójnego przesłania. Albo przynajmniej pełnego dopracowania każdego elementu. Tak czy siak, jestem pewna, że koncerty będą pamiętne.

Monika Riegel    
1 lipca 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie