RECENZJE

Friendly Fires
Inflorescent

2019, Polydor 6.0

Przyznam, że długo zbierałam się do napisania tej recenzji, bo - prawdę mówiąc - ocenianie średnich albumów to karkołomne zadanie. O wiele łatwiej jest z laurką bądź linczem, tutaj natomiast pojawia się pytanie, czy warto w ogóle poświęcać na to czas. Nie będę tu jednak rozwijała tej kwestii, nie poczuwam się do filozofowania, po prostu przedstawię każde za i przeciw, na które udało mi się wpaść. Na pocieszenie samej siebie dodam, że Inflorescent to album troszkę lepszy niż gorszy, choć nie obędzie się bez jęczenia i narzekania posępnej skądinąd gaduły. Zderzmy zatem wesołe z nudnym.

Wyraźnie pamiętam czasy, gdy mój tata słuchał w aucie Czwórki, a ja po każdej przejażdżce sprawdzałam sobie na ich stronce tytuły puszczanych piosenek. Była to dla mnie istna kopalnia ciekawych pozycji. Wśród nich znalazłam "Hawaiian Air" i totalnie zauroczyła mnie energia Friendly Fires. Choć z usposobienia jestem raczej melancholijną flegmą, odpalałam się na te cztery minuty radości wlanej w muzykę. Lata mijały, a FF przepadli bez słuchu, sama finalnie o hawajskiej piosence kompletnie zapomniałam. Aż w końcu Carpigiani udostępnił ich nowy numer. Nie ukrywam - potrzebne były mi długie trzy minuty, by w ogóle skojarzyć, że znam ten zespół. Ale zbadajmy od razu cały album.

Od premiery już trochę minęło, pogoda zdążyła się popsuć, zimno mi w dłonie, słabe krążenie daje się we znaki. Kaloryfer jeszcze nie grzeje, a co za tym idzie - muszę radzić sobie na inne sposoby. No to włączam Inflorescent, leci "Can't Wait Forever" i z miejsca czuję te resztki letniej werwy, słońce nadal grzeje zamiast chłodno przyświecać. Bardzo dobre otwarcie, zapowiadające gitowy album, taneczny, radiowy w dobrym tego słowa znaczeniu. Wtóruję Macfarlane'owi przy "pararapaparara", kiwam głową nad ziemniakami z pesto, aż szkoda, że się kończy. Wtem jego miejsce zajmuje utwór, do którego zrobiłam najwięcej notatek, same pozytywne. Wypuszczenie "Heaven Let Me In" jako singla okazało się strzałem w dziesiątkę, bo na jego dźwięk podskoczyłam z radości, nie mogłam doczekać się longpleja. Polecę prostacko enumeracją: energiczny, taneczny, chwytliwy, zapadający w pamięć. To właśnie ten numer jest porywem godnym porównania z fantastycznym "Hawaiian Air". Dobra, dalej mamy "Sillhouettes", czyli - podobnie jak "Can't Wait Forever" - spoko radiówka z miłym dla ucha refrenem, nadającym się do reklamy, nie wiem, Pepsi. Panny i kawalerowie biegający po plaży, piknik z serkiem kanapkowym i puszką dekonstrukcji polskiego drinka. Gdzieś tam przypomina mi Foalsów, letniak o ocenie bezpieczny z plusem.

Tutaj w zasadzie płyta powinna się zatrzymać. Im dalej w las, tym ciemniej. Resztę piosenek można by scalić w jedną długą, o tytule "Simply Mediocore". Trochę to wszystko mdłe, trochę (bardzo) się zlewa, wydaje mi się, że poprzednie kawałki zaprezentowały zestaw patentów, które chłopaki będą wałkowali do końca albumu (big brain, 300 IQ). Numery 4-11 wymagały już ode mnie naprężenia skupienia. No, ale od początku. Przy "Offline" idę offline, wydaje mi się, że przed chwilą to słyszałam, że jest to jakaś wariacja na temat. To, że nie mam za dużo do powiedzenia o tym kawałku, mówi chyba samo przez się. Dalej mamy "Sleeptalking". "Im deep in insomnia" to słowa, których nie zaśpiewałabym z tym kawałkiem w tle, może mój chłopak, bo gada przez sen (raz powiedział w środku nocy "do widzenia", innym razem "ale mieli spoko wyciskarkę"), może puszczę mu tę pozycję i zobaczymy, co się stanie. Czujecie tu follow-up do tytułu? Ale jazda. "Kiss And Rewind" to w moim uznaniu numer definitywnie stworzony do pomijania, ale ma bardzo ładny tytuł, pan znów śpiewa "pararapapapa", trochę tu nudno, radiowo, nie tak jak lubimy. Za to tytuł prawdziwie uroczy!

Zrobię nowy akapit, żebyście nie nudzili się tak jak ja przy "Love Like Waves".To prawdopodobnie najsłabszy singiel, przyznam, że machnęłam przy nim ręką. Już na samym początku mam déjà vu, hej, czy nie słucham tego samego od niespełna pół godziny? Jest tu coś pomiędzy nieinwazyjnie a irytująco, tracę zainteresowanie po minucie, która bardzo mi się dłużyła. To już ten rodzaj radiowej piosenki, przez którą zmieniam stację. "Lack Of Love" jako singiel przekonuje mnie nieco bardziej. Nie jest rewelacyjnie, ale wyróżnia się na tle tych kiepawych piosenczyn. Niestety, ciężko to docenić po takiej dawce męczybuł. "Cry Wolf", choć wywołuje mega ziew, pozwala odpocząć od krzyków i szarpania za rękaw do tańca. FF trochę tu luzują, ale nie zmienia to faktu, że kawałek nie należy do najciekawszych. Po prostu nuda, nie ma co tu czarować. Podnoszę głowę przy "Almost Midnight", bo instrumental przywodzi mi na myśl jakiś odrzut z "Homework" Daft Punku. Niestety został przykryty nie najlepszym wokalem, powiem więcej, jest on wkurwiający. Kawałek na pewno lepiej wypada solo, bo w tym momencie albumu ledwo już dźwigam tę dziarskość, wokalisto, już wystarczy. Koniec końców udaje mi się dotrwać do końca. "Run The Wild Flowers" – och jaki spokojny początek, może będzie spokój z klasą, ale nie, jednak znowu pan strasznie krzyczy, a wiecie, co jest najgorsze? Że przez cały album krzyczy tak samo.

Myślicie sobie "ja bimbole, ale narzekasz, Natalia, ale z ciebie smutas, potrzeba radosnych płyt!". No i ja się z tym zgadzam, gdyby nie one, to już windą na szafot, nie ma ku temu ni cienia wątpliwości. Jednakże, jak na moje ucho, ten album jest zwyczajnie męczący, zrobiony na jedno kopyto, aż chce się zakrzyknąć (głośno, jak ten koleś na wokalu) "ZAMKNIJ KLAPĘ" i każdy, nawet największy sunshine person, odetchnie z ulgą, gdy ktoś nareszcie przełączy ten runmageddon wymuszonej, odmierzonej od linijki, copy&paste wesołości. Ale skąd 6.0, skoro tak tu dyszę i jęczę? A bo, jak już tutaj powtarzam, te trzy kawałki to barwne, jaskrawe kwiaty, których zapach wypełnia cały pokój i przywołuje majowo-czerwcowe słońce. Otworzą furtkę do lata deszczowym listopadem, zaśnieżonym lutym, ubłoconym przedwiośniem, choć na chwilę, na te circa 10 minut. Reszta jest all in all nieinwazyjna, gdy się człowiek połowicznie z tego wyłączy, nóżka sama chodzi przy robieniu sałatki, zastrzyk szczęścia, fala ciepła, gdy chcesz, to przełącz, ale pamiętaj, że jest.

Natalia Jałmużna    
17 września 2019
BIEŻĄCE
Adrian Ugowski feat. MFC & Pikers"Xanadu"
Flying LotusFlamagra