RECENZJE

French Kicks
Two Thousand

2006, Vagrant 5.1

Mamy płytę do recenzowania, wytłoczoną, sesja zakończona, ciężko o dokonanie zmian w zawartości. Przydałoby się napisać zgrabny tekst, krążący wokół wrażeń estetycznych wyniesionych z lektury owej płyty. Tekst nie powstaje w próżni i żeby był naprawdę ciekawy, przydałyby się pewne okoliczności sprzyjające. W przypadku trzeciego albumu French Kicks wyobrażam sobie dwie podstawowe okoliczności sprzyjające: jeden – jest rok dwutysięczny (tytuł płyty takie myślenie życzeniowe sygnalizuje) i kilku ważnych zespołów jeszcze nie ma, dwa – autor tekstu jest bardziej ogarnięty w temacie indie niż ja. W takiej sytuacji powstaje ciekawy elaborat o rozwoju i rozmaitych aspektach nurtu, w który została wpleciona charakterystyka płyty – całkiem nowatorskiej jak na koniec tysiąclecia. Okoliczności nie zaszły, wszyscy wiemy, że dalej będzie mizernie.

Album zaczyna się wprawdzie interesująco, a do tego z pogłosem. Rozjazd rytmu i melodii w refrenie "So Far We Are" zapowiada wymyślne eksperymenty w obrębie klasycznych zagrywek. Co więcej przyjemność wzmaga głos Matta Stinchcomba, skojarzony ze Steve'em Bayse'em, ale to akurat trwa do czasu. Po jakichś czterech minutach rozpoczyna się jazda na jedno kopyto, że niby pokazują pazur, ale z drugiej strony gubią się w zbyt gładkiej produkcji. Niby kombinują jak wzbogacić tło, ale nie starcza im zapału. I tak bujają się w te i we w te, a ja razem z nimi, czekając aż w końcu spotka mnie coś naprawdę interesującego. Mijamy wspólnie półmetek, dopiero w "England Just Will Not Let You Recover" (numerek ósmy) rozkwita ewentualny talent French Kicks do tworzenia sympatycznego nastroju. Nie trzeba być wprawdzie geniuszem by wrzucić w podkład półsłodki fortepian i smyki takowe, ale słucha się tego nad wyraz przyjemnie, a zwłaszcza tych ostatnich dziesięciu sekund po wygaśnięciu części zasadniczej. Jakieś echa ósemki pojawiają się jeszcze w closerze, ale to tylko echa. Mija te czterdzieści minut, ja nadal nie wiem co napisać, a French Kicks wciąż pozostają The Walkmen wymieszanymi z dużą ilością wody.

To teraz trzeba się wytłumaczyć z cyferek, bo widniejące powyżej 5.1 prezentuje się jakoś zbyt efektownie. Być może to wynika ze wspomnianego ewentualnego talentu, czy raczej – by ująć to konkretniej – zajebistości w zarodku, w którą może irracjonalnie, ale jednak wierzę? Nie wiem, lubię tę płytę, w dobry nastrój mnie wprawia, niezły obiad sobie przy niej zrobiłem, skłoniła mnie do zapoznania się z The Trial Of The Century, jest fajnie. Jak już będziecie mieli dość wielokrotnego odtwarzania absolutnych klasyków indie, możecie sobie wrzucić French Kicks by delikatnie wrócić do świata rzeczywistego.

Filip Kekusz    
29 września 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie