RECENZJE

Franz Ferdinand
You Could Have It So Much Better

2005, Domino 3.9

Trudno mi pisząc tę recenzję na wstępie nie odwołać się do s/t bandu. Na powyższym bowiem Szkoci dobitnie pokazali swoje znakomite wyczucie. Parę rzeczy załapali. Po pierwsze potrafili świetnie wcelować w (jakże zmienne przecież) gusta publiczności. Choć, co by nie powiedzieć, odpowiednia publiczność nie dość, że już istniała – ona była już przygotowana, zmiękczona niejako przez liczną grupę podobnych kapel debiutujących przed FF. Anyway – cool hunterzy z Franzów nieźli, sami przyznacie? Bo (po drugie) na ubitym już klepisku potrafili wyznaczyć swoje miejsce poprzez a) charakterystyczne brzmienia, b) wyraźne, acz dotychczas w ramach genre niewykorzystane funkowe wpływy oraz c) taneczne rytmy i chwytliwe hooki.

Na nowej płycie nie starają się wycofać z zajmowanego terytorium. Bo właściwie po co – s/t sprzedał się w tylu egzemplarzach, że marketingową głupotą byłoby coś zmieniać. Ewentualnie może... dopracować to, co urzekło ludzi w debiucie. Sprawić, by funk był bardziej funkowy, perka taneczniejsza, a dziewczęta... by mocniej machały bioderkami. Założenia zostały spełnione – nowy krążek jest bardziej spójny właśnie o tyle, o ile wyeliminowano pewne naleciałości owego spleenu, który Kapranos odziedziczył zapewne po swoim poprzednim składzie (The Karelia). Panowie z wytwórni oraz ich handlowcy otrzymali produkt idealny niczym Nevermind Nirvany – płytę składającą się niemal z samych potencjalnych singli (wyłączając może spokojniejsze Fade Together).

Gdzieś głębiej jednak zaczynają się schody. Mimo iż w mojej opinii s/t była płytą ponadprzeciętnie dobrą (imo imprezowa płyta rockowa 2004), było na niej parę piosenek, które odstawały od firmowego przepisu na hit autorstwa Kapranosa i spółki. I to właśnie te numery sprawiały, że całość była przyswajalna, a diamenciki ("Take Me Out", no come on...) lśniły mocniej. Tymczasem z sofomorem sprawa ma się trochę jak z jubilerem, który próbuje zakamuflować fakt posiadania jedynie syntetycznych brylantów, ładując olbrzymie ich ilości na wystawę. Że nowe numery FF nadal są poprockowymi diamencikami wątpliwości nie ulega. Tylko takimi no... lekko podrabianymi. Hook tu, hook tam. I jeszcze kilka. Teraz następny track. I od nowa. Hook tu, dwa hooki tam. I wszystkie spoko, kilka nawet całkiem chwytliwych. Z pewnością jednak bez iskierki, którą miały przynajmniej single z debiutu. Na siłę. Bez dystansu. Przeładowanie tych tracków nie pomaga w zabawie (bądźmy szczerzy – kto od FF oczekuje więcej niż tego?) – nie znajdując żadnego punktu oparcia dla swojej aktywności najpierw nieruchomieje kurczowo dotychczas drgać próbująca lewa lub prawa noga. Potem przychodzi kolej na wyłączenie świadomości. Myślimy o życiu. O tym, co ma się zdarzyć jutro. O tym, co zdarzyło się wczoraj. Pierwszy baran, drugi baran, trzeci baran, czwarty waran, piąty baran... Nie śpij bez kołdry, zimno na dworzu.

Marcin Wyszyński    
16 grudnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie