RECENZJE

Franz Ferdinand
Tonight: Franz Ferdinand

2009, Domino 4.0

Zabieram się do napisania tej recenzji już tyle czasu, że aż nie pamiętam niczego z tego albumu. Nie byłem nigdy entuzjastą zespołu, ale nie byłem też przeciwnikiem. Jechanie po Franz Ferdinand jest dobre dla jakichś sfrustrowanych tru-indje, a mamy do czynienia z zespołem, który był jedną z przyczyn rozwoju tej "noworockowej" histerii i jako jeden z nielicznych wyszedł z tego obronną ręką. Głównie dlatego, że to gwiazdorzy o łatwo rozpoznawalnym stylu, czego nie można powiedzieć o większości zespołów, które dosyć szybko przestałem odróżniać. No i każdy zna te piosenki z pierwszej płyty, szczególnie jeden kawałek, od którego się już tylko ziewa, bo wymiotowanie też się znudziło. Ale i tak – trochę alkoholu i może nawet zatanczę.

Druga płyta w większości topiła się w mieliznach, choć może jej w ogóle nie przesłuchałem, nie wiem, ważne że single nie miały tej siły rażenia (choć "Do You Want To" w miksie Maxa Tundry…). I tu jest nawet gorzej pod tym względem. Ilekroć zabierałem się do nowego odsłuchu (a nuż natchnie mnie do pisania), łapałem się na tym, że ledwo pamiętam "Ulyssesa", więc tym dziwniejsze były dla mnie entuzjastyczne oceny kawałka, wyrażane tu i ówdzie. No serio, ktoś zapamiętał coś oprócz "la la la la"? Choć i tak, klimat pijackiego dicho jest jakoś na plus. Drugi singiel "No You Girls" wzbudza we mnie więcej sympatii refrenem w ich stylu / bezczelnie autozrzynającym najbardziej oczywisty moment w ich karierze. No ale Franz Ferdinand to nie jest zespół, po którym spodziewałbyś się czegoś innego w strukturze piosenek. Tym dziwniejsze są wypowiedzi tych, którzy mówią, że tutaj się dzieje coś nowego, no bo się nie dzieje. Ogólnie dzieje się mało. Ok, pamiętam, że single z drugiej płyty gdzieś pogubiły taneczność, a jeden kawałek nawet parodiował Fab Four, przez co niektórym się coś nie podobało, a że tym razem niby więcej takiego "disco", a na dodatek, hehe, "inspired by the heavy dub sound of Jamaican reggae stars". Ale zaraz, zaraz, to miała być względnie pozytywna recka.

To jest całkiem niezła płyta. Nudna jak obieranie ziemniaków, ale niezła, bo pewnie w sam raz na tło do pozbawiania ziemniaków ich wierzchniej warstwy. Brzmi jak trzecia płyta Franz Ferdinand, więc tu zaskoczenie – zero zaskoczeń. Jeśli kogoś nie nudzi kolejny kawałek brzmiący właściwie dokładnie tak samo, jeśli naprawdę uważa, że to płyta bardziej taneczna, niż rockowa, no to spoko. Jeśli nawet upiera się, że znalazły się na niej chwytliwe hooki i że pamięta je 5 minut później, to też dobrze dla niego, choć zalecałbym terapię z płytami legend popu, a może lepiej nie, bo jeszcze kompletnie oszaleje. Mimo wszystko, to porządny trzeci album zespołu, którego targetem nie byłem nigdy i raczej nie jest mi smutno z tego powodu. Więc tak, odsłuchując po parę sekund i wydając na tej podstawie wyrok, od którego odwołanie jest prawie niemożliwe: całkiem fajne kawałki – numery 3, 6, 8; niefajny moment – druga połowa "Lucid Dreams", w sensie, że basik całkiem spoko, ale to chyba ma być coś nowego, a straszna nuda. "Ulysses" też na plus. Reszta taka sobie, definiuje chleb razowy, tyle że drugiej, a nawet trzeciej świeżości. A jak wiadomo, "świeżość bywa tylko jedna – pierwsza i tym samym ostatnia". Btw, jak nieświeży jest ten cytat.

Kamil Babacz    
2 lipca 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja