RECENZJE

Franz Ferdinand
Darts Of Pleasure (EP)

2003, Domino 3.7

Wiecie, co po czesku oznacza przymiotnik "czerstwy"? Świeży. Czyli zupełnie odwrotnie niż po polsku. A teraz słuchajcie: debiutancka EP-ka szkockiej grupy Franz Ferdinand jest totalnie czerstwa. Załóżmy, że nie widzieliście oceny powyżej i nie wiecie, jaki język mam na myśli. W ten sposób, w kilku słowach napisałem jedną z recenzji wszechczasów: idealnie ambiwalentną, doskonale dwuznaczną, o janusowym obliczu. Fani grupy poklepią mnie po plecach z uznaniem. Przeciwnicy pochwalą złośliwy osąd.

Ok, krótko mówiąc, są takie zespoły, które otacza zasłużony rozgłos, są też takie, w wypadku których ten rozgłos jest niezasłużony. Zdarzają się nawet przypadki o tyle dziwne, że pewne przeciętne płytki są gorąco popierane przez niektóre z nielicznych dla mnie autorytetów w sprawach muzyki, które na co dzień są prawie nieomylne. I powiem Wam, że moim zdaniem grupy takie jak Strokes czy wspomniany Franz F., należą do takiej właśnie kategorii. Nie zapiszą się złotymi nutami na kartach historii muzyki, ponieważ nic nowego do niej nie wnoszą. Oczywiście, nie każda płyta musi być przełomowa formalnie, ale niech przynajmniej zawiera w sobie świeże melodie! Natomiast w wypadku Franza Ferdinanda mam wrażenie czegoś w rodzaju recyklingu dźwięków. Powtórki z rozrywki.

Ale to jeszcze nie wszystko! Przesłuchałem Darts Of Pleasure ładnych parę razy i doszedłem do kontrowersyjnego wniosku, że zaczyna się ona nie od pierwszych sekund, ale dopiero od drugiej minuty. Intrygujące, prawda? Jak to możliwe? Zakrzywienie czasoprzestrzeni? Blek medżik? Łajt pałer?

Pomyślmy. Rozpoczynają tytułowym singlem, "Darts Of Pleasure", a ja nadstawiam ucho. Jedziemy ze sprawnym rozkładem na czynniki pierwsze. Wchodzi hi-hat'owa perkusja na 4/4 i prościutki bas, niczym żywcem wyjęte z The Strokes, czyli przeciwieństwo muzyki z duszą, coś, co przypomina udźwiękowienie prostych funkcji matematycznych. I nagle ten zaśpiew, kończony rymem częstochowskim, plus prostacki riff gitary, który od razu zyskuje u mnie nominację do jednego z najbardziej czerstwych riffów roku.

Kontruje to brzdąk na gitarze rytmicznej i wyjątkowo przewidywalne pianino, które pojawia się po raz pierwszy w 13 sekundzie. W 30 sekundzie starają się po tym pianinie zbudować jakieś napięcie (tak jak w zeszłym roku robił to zespół Pleasure Forever na płycie Alter, żeby nie szukać daleko przykładów) i dodają do niego banalne przejście na perkusji. Kawałek próbuje oderwać się od ziemi na "interpolowym" przejściu w miększe, repetycyjne gitarki. Ziewam. Ok, kopiowanie Interpolu kończy się po dwudziestu sekundach. Cała sekwencja zamyka się dokładnie w minucie…

Po czym następuje drugi raz, identyczna w formie i treści. Kończy się to wszystko na wysokości 2:01. O, teraz proste przejście na basie i wreszcie właściwy początek piosenki! Śpiewają "Ich heisse superfantastich", zgrywając wreszcie gitary i pianino w jakąś sensowną całość. Oczywiście, odkrywcze to nie jest, ale brzmi o niebo lepiej niż pierwsze dwie minuty, które są melodycznie tak słabe i żałośnie oklepane, że w zasadzie moje ucho ich nie przyswaja. Tak jakby ich w ogóle nie było. Dlatego właśnie uważam, że EP-ka zaczyna się od drugiej minuty. Logiczne, prawda?

Kolejny kawałek, "Van Tango", jest już lepszy. Wesoły motyw przewodni na syntezatorku bejsko, ale śmiesznie wskrzesza Parklife Blura. Oczywiście, gitarowo jest to oklepany sound, banalna krzyżówka Strokes i Interpolu. Posłuchajcie chociażby zużytego przejścia na bębnach na wysokości 2:40. Nic głębszego w tym utworze nie znajduję. "Shopping For Blood" – pierwsza minuta i trzydzieści sekund tego kawałka są zupełnie bezbarwne, a ucho można zawiesić jedynie na prościutkim motywie syntezatora. Później pojawia się przejście syntezatorowo-perkusyjne i do końca kawałka mamy wykapane Mando Diao. W tle blade próby urozmaicenia przestrzeni rytmicznej czymś na kształt afrykańskich bębenków. Następny utwór, "Tell Her Tonight [Home Demo]" jest o tyle ciekawy, że zawiera refren, który chce być po prostu kopią śpiewu Beatlesów. I jeszcze te archetypiczne wokalizy na dwa głosy! Co mamy później? "Darts Of Pleasure [Home Demo]". Brr. To już znamy! Może troszkę mniej wypolerowane brzmienie, ale różnica jest naprawdę minimalna. Hej, znowu dwie minuty gdzieś znikły!

Teoretycznie rzecz biorąc, Darts Of Pleasure nie jest jakąś fatalną EP-ką, ale nie stanowi to argumentu na rzecz nagradzania przeciętności, ponieważ jest tysiąc lepszych płyt, które możecie przesłuchać zamiast tej właśnie. Być może lepiej wypadną na albumie, ale nie spodziewałbym się na Waszym miejscu żadnych rewelacji. Chociaż, czerstwy chleb jest podobno dobry na trawienie. Ale żeby muzyka?

Tomasz Gwara    
8 marca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja