RECENZJE

Frank Ocean
Endless

2016, Def Jam / Boys Don't Cry 6.2

Czerwony alarm, orzeł w końcu wylądował, wprawiając w konsternacje wiernie oczekujący na niego tłum, który ze zdziwieniem obserwował jak przybyły po 4 latach nieobecności Frank przez 45 minut, jak Jezus, niewzruszenie hebluje drewniane klocki (celowo tym razem nie Yeezus, zważając na to jak ciężkie byłoby nakreślenie między nimi jakiejkolwiek stylistycznej korelacji oprócz tego, że obaj są czarni). Stres i dezorientacja zniknęły wraz z informacją, że enigmatyczny video-album, to tylko gra wstępna przed klasycznie wydaną płytą. Frank prezentuje dwa albumy na przestrzeni kilku dni, jeśli trafiliście na ten tekst w archiwum, zrozumcie, jaki tutaj w przeszłości mamy dzień dziecka i zgadnijcie, kto będzie bohaterem najbliższego weekendu tematycznego. Sporym wysiłkiem jest tutaj zachowanie sprawiedliwej i zimnej głowy wystawionej na natarcie medialnego hype'u sięgającego stratosfery, ale uczciwie przypomnijmy – gościa miejscami wspomagają wybitne mireczki w postaci Blake'a i Greenwooda (w ogóle, ktoś tych typów zna?).

Nieprzypadkowo uwikłany został w to wszystko Jezus, około biblijne/religijne nawiązania są kluczowe, w próbie zrozumieniu rewolucji stylistycznej jaka tu zaszła. Nie wiadomo czy traktować Endless jako odskocznie, mały projekt poboczny powiązany tylko wspólnym nazwiskiem z resztą dyskografii, czy może jako pełnoprawną kontynuacje i naturalną ewolucje/dewolucje nagrań Oceana, bo skrajny kontrast, jaki ta płyta tworzy z poprzednim pomarańczowym fenomenem (bo to naprawdę spoko album jest) zastanawia, nie dając możliwości jasnej odpowiedzi.

Uwaga, nadchodzi patos. Frank wraz z towarzystwem, w warstwie muzycznie odlatuje jak najdalej od trywialności i prozaiczności życia na rzecz dojmującej mistyki, co skutkuje jego przepoczwarzeniem się z czułego kochanka w rodzaj estetycznego kaznodziei. Główną symboliczną rolę w wydawnictwie gra przejmujący chłód i cisza gotyckiej katedry, będącej krańcową odwrotnością i antytezą znanego z 2012 roku wybitnie arcyludzkiego wcielenia Oceana. Materiał został wyzuty z intymności i niepokojącego erotyzmu na rzecz przeważającej dostojności, majestatu połączonego ze szwendającymi się pod nogami trocinami i porzuconym kokonem materialnego świata. Wydaje się to ceną/błogosławieństwem trzymania się z Blakiem, bo efektowi końcowemu bliżej do The Colour In Anything, niż do channel ORANGE. Sama wizualizacja integralnie wbudowana w machinę promocyjną albumu, utrzymana w czerni i bieli, na której Frank z ziomkami cierpliwie buduje drewniane schody, pogłębia wrażenie religijnego misterium. Występuje tutaj ścisła para-linearność w jakości obrazu i dźwięku (porzucając kwestie nakreślenia nastroju, wchodząc w ocenę), ale przejawia się ona w tym, że przez większość czasu nie dzieje się tu za wiele. Mimo tego, całość na swój unikalny sposób hipnotyzuje.

Sama płyta stanowi jednolitą i spójną stylistycznie, organiczną strukturę utrzymaną w zdecydowanie bardziej depresyjnej tonacji. Dźwięk jest rozmyty, rozcieńczony, pozbawiony czytelnych i dobitnie singlowych momentów, zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie precyzyjnie skrojone i wyraziste patenty opozycyjnego Franka. Pamiętacie "Pink Matter" gdzie dramatyczny szczyt wokalnego wymiatania, monumentalna kulminacja, zostaje perfekcyjnie i naturalnie przejęta przez przytłaczającą linie basową? Nie chodzi tu o pokazanie wyższości poprzednika, ale o to, że wysilając wyobraźnię, ciężko wyłapać tu coś, co choć w małym stopniu byłoby porównywalne i bezbłędnie dające się uchwycić w pierwszym, nawet zaangażowanym, odsłuchu. Co prawda zdarza się tu wyjątek przyjmujący postać klamry okalającej całość, klamry świetnego openera i konfundującego zakończenia, którego w kontekście całego albumu, to ja wybitnie nie rozumiem.

Wydaje mi się, że taki właśnie był cel, stworzenie bardziej kontemplacyjnego w charakterze albumu, drobnego pobocznego eksperymentu (nawet udanego). Z jednej strony podważa to sensowność wcześniejszych zarzutów zbudowanych na silę porównania z przeszłością, jednak z drugiej, nie zmienia to faktu, że płyta sama w sobie szczególnie nie porywa, a miejscami czuć narastające zmęczenie odsłuchem. Biorąc pod uwagę okoliczności wydania, nie nazwę Endlessa szarym i nudnym zbiornikiem dla odrzutów, podskórnie czuć tu spójną kompozytorską wizję i własne autonomiczne życie projektu różniącego się od tego, do czego się przyzwyczailiśmy. Ocena miała być wyższa, ale biorąc poprawkę na medialny wiatr, z kim mam do czynienia i to że w tle leci Blonde (spojler: brzmieniowo i jakościowo zbliżone do Channel), postaram się zachować większy dystans, nie będzie tutaj taryfy ulgowej.

Michał Kołaczyk    
22 sierpnia 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie