RECENZJE

Frank Ocean
Channel Orange

2012, Def Jam 7.8

Łatwo jest napisać o studyjnym debiucie Oceana w samych superlatywach, ale trudniej napisać o tej płycie coś sensownego. Wracam z saksów, otwieram Newsweeka i moim oczom ukazuje się krótka wzmianka, taka tam powiedzmy recenzyjka autorstwa Dawida Karpiuka, który na dzień dobry skonsternował mnie stwierdzeniem, że "każda piosenka na Channel Orange jest potencjalnym przebojem". Oprócz tego autor namecheckuje nieśmiertelne "czarne brzmienia", jest obowiązkowy "flirt z latami 80.", a na koniec pojawia się moja ulubiona konstatacja dotycząca całości tego materiału, że jest "trochę popowo, trochę ambitnie". A w ogóle "jeśli r'n'b, to bez topornych refrenów", więc wiecie, zupełne szaleństwo. Nie wiem skąd to skojarzenie r'n'b akurat z topornymi refrenami, ale ogólność i absurdalność tego zarzutu rzeczywiście trochę utrudnia ewentualną kontrę, zwłaszcza jeśli ze śmiechu zdążyły się już zrobić zajady.

Faktycznie, sprawa jest niewdzięczna, bo przez ostatnie lata spokojnie można było olewać główny nurt r'n'b nie narażając się na poważniejsze konsekwencje czy straty. Teraz z kolei pojawia się kłopot – wychodzi długo oczekiwany przez niektórych debiut Oceana, zagranica podejrzanie zgodnie pieje z zachwytu, więc wypadałoby się jakoś podłączyć. Przekonywanie o wielkiej "przebojowości" całości tego materiału zakrawa po prostu na kpinę – czy aby na pewno niespełna dziesięciominutowe "Pyramids" to coś, co podbije współczesne listy przebojów? Od ponad miesiąca (to okres, który upłynął, odkąd ta piosenka została wydana jako drugi singiel) jakoś się to nie udaje, więc w tej ciekawej teorii widać chyba spore luki. Zresztą chętnie wejdę w jakiś zakład, że na "światowych listach" żaden singiel z tej płyty nie zrobi wielkiej kariery – to W OGÓLE nie jest materiał skrojony pod tym kątem. Najlepsze, co Ocean miał pod tym względem, pokazał już dawno ("Thinking About You", "Novacane") i chyba nikogo to specjalnie na kolana nie powaliło, a w idealnym świecie pewnie i nawet powinno. Nieważne, bo siłą Channel Orange nie są jakieś porażające hooki czy zbytnia przebojowość poszczególnych utworów – to pierwszy od bardzo dawna album r'n'b , w którym w interpretacji całości zjawiska światopogląd prezentowany przez autora odgrywa rolę niemal równie wielką co sam songwriting.

Frank Ocean – podobnie jak Drake na Take Care – chwilami podejmuje próbę stworzenia wieloaspektowego obrazu współczesnego mężczyzny. To zaangażowanie społeczne członka Odd Future rzeczywiście wygląda bardzo świeżo na tle współczesnej sceny r'n'b i przypomina chwilami o podobnie "misyjnej" Janet Jackson z czasów Velvet Rope czy nawet Rhythm Nation (o wcześniejszych legendach nawet nie wspominając, bo to jednak była nieco inna kategoria wagowa). Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że przy tym całym swoim zainteresowaniu ważkimi kwestiami Ocean pod względami czysto autorskim często przypomina czołowego hedonistę r'n'b ostatnich lat – R. Kelly’ego. Poza tym, że również bliżej mu do "śpiewaka" niż do "rapera", ambitnie rozwija swoją karierę producencko-songwriterską i na tym polu zdążył już odnieść kilka dobrze wróżących na przyszłość sukcesów.

Kiedy przy okazji ostatniej płyty Beyonce niektórzy z nas zastanawiali się, czy ten gość rzeczywiście może zbawi r'n'b, to chyba marzyliśmy jednak o czymś innym niż to, co znajduje się na Channel Orange. To album wręcz antyprzebojowy, pełen oszczędnych aranżacji i chłodno wyważonych treści, który broni się głównie charyzmą i pomysłowością Franka. "Thinkin About You" osłuchało się już chyba wszystkim, ale nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że ten numer koniec końców zrobił jednak mniejszą furorę niż powinien. Niewiele pamiętam w ostatnich latach tak udanych prób stworzenia utworu o uniwersalnej treści, którego z r'n'b łączyłaby właściwie tylko błogość prostego beatu i maniera śpiewającego. Ta dojrzałość przekazu w wykonaniu Oceana uderza na Channel Orange jeszcze przynajmniej kilkukrotnie: "You don’t know how little you matter / Until you are alone / In the middle of Arkansass / With a little rock left in that glass dick" z mojego cichego faworyta "Crack Rock" to właśnie jeden z przykładów połączenia muzycznej wirtuozerii (głębia podkładu!) ze sprawnie wplecioną w to historią rodzącego się uzależnienia od cracku i ogólnymi refleksjami na temat "war on drugs". Ale nawet "codzienne ludzkie zmagania", takie jak zakochanie się w swojej dilerce przedstawione w "Pilot Jones", też robią wrażenie – "We once had things in common / Now the only thing we share is refrigerator" brzmi bardziej jak coś, czym poczęstować mógłby Kozelek za najlepszych lat, a nie taki młokos, a to tylko intro, dalej napięcie nie siada.

Sam Frank – mimo wielu trafień – czasem strzela też ślepakami, zwłaszcza wydumaną historią z "Pyramids". O ile o samym wielowątkowym, bezbłędnie łączącym "stare" z "nowym" songwriterskim rebusie z podkładu mogę wypowiadać się wyłącznie pozytywnie, o tyle sama narracja zahaczająca o starożytny Egipt i kontrastująca to z rozterkami młodej współczesnej matki pracującej w nocnym klubie to już trochę za dużo jak na mój gust. Zagranica szaleje i ochoczo porównuje ten kawałek do "Purple Rain", ale to chyba jednak jeszcze nie ta skala epickości, choć wypada docenić brawurę Oceana – nie wiem czy którykolwiek inny współczesny artysta z okolic "sceny r'n'b" byłby w stanie poradzić sobie z tak ambitnym zadaniem w mimo wszystko tak dobry sposób. Wybranie "Pyramids" na drugi singiel z tego wydawnictwa zakrawa jednak na lekki absurd wynikający chyba z młodzieńczej fantazji songwritera (albo rzeczywiście uwierzył, że to może być drugie "Purple Rain") – dziesięć minut tak wielowątkowej i wymagającej kompozycji to dla przeciętnego słuchacza musiało być za dużo, więc nic dziwnego, że na listach "się nie przyjęło".

Co jeszcze? Z takich uniwersalnych historyjek na pewno mocno do wyobraźni przemawia "Lost", z kolei "Sweet Life" brzmi jak coś, co po lekkiej obróbce spokojnie mogłoby się znaleźć na ostatniej płycie J*DaVeY. Warto też wspomnieć o gościach, a właściwie o braku spektakularnych nazwisk. Wydaje się, że Ocean łatwo mógłby namówić do współpracy Jaya-Z, Kanye czy nawet Beyonce, ale na potrzeby debiutanckiego longplaya postanowił zaufać sprawdzonemu na niejednym melanżu Earlowi. Młodszy brat Tylera w zblazowanym (cytującym fragmenty refrenu "Real Love" Mary J Blige) "Super Rich Kids" dał dobrą zmianę, co można też powiedzieć o dziwnie (jak na siebie) brzmiącym Andre 3000 w "Pink Matter". Gdzieś tam po drodze na gitarce pocina sobie John Mayer, w podkładzie do "Sweet Life" pomógł za to sam Pharrell, więc to dążenie do pewnego eklektyzmu w obrębie spójnej, autorskiej wizji Frank Ocean może zapisać sobie po stronie sukcesów, nawet jeśli w końcówce płyty tempo trochę siada.

Channel Orange to bez dwóch zdań jedna z najlepszych rzeczy jakie spotkały komercyjne r'n'b w ostatnich latach. Być może sam Ocean nie poszedł w moim wymarzonym (dla niego) kierunku, ale to, za co się wziął, wyszło mu na tyle znakomicie, że nie mam z tym żadnych problemów. Mamy tu songwritera o niespotykanym wręcz potencjale, faceta, który przez kilka najbliższych lat może w pojedynkę rozdawać karty na rynku "trochę ambitnego, trochę popowego" r'n'b. Jeśli Channel Orange to nie faktyczne narodziny gwiazdy, to ja się już zupełnie nie znam i nadaję jedynie do zaorania.

Kacper Bartosiak    
30 lipca 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie