RECENZJE

Frank Ocean
Blonde

2016, self-released 6.8

Nie czarujmy się: Frank ma krytyków w garści dzięki skrojonemu niemal idealnie pod nich (świadomie czy nieświadomie, nie wiem) image'owi – to skromny, ambitny chłopak funkcjonujący w popkulturowym krajobrazie jako wrażliwy introwertyk/outsider, manifestujący swoją artystyczną "inność" przez r&b music, co wzmacnia jeszcze głośny coming out via Tumblr (taka prawda). Można powiedzieć, że taki dobry brat Kanye, o którym nikt złego słowa nie powie i wszyscy chcą chwalić. Od tego już tylko krok do stania się głosem współczesnej generacji i zachwytu nie tylko pismaków, ale i mas. Frank jednak udowodnił, że nie jest przehajpowanym, smutnym gamoniem bez krzty talentu – może osobiście nigdy nie traktowałem channel ORANGE jako arcydzieła czy wybitnej płyty, ale numery, które ziomek Tylera sieknął na debiucie całkiem solidnie wymiatały na r&b-popowym boisku. Wiadomo, i to już od dłuższego czasu, a co przynosi nowy długograj?

Ciekawe, co podczas słuchania sofomora poczuli wszyscy ci, którym mało było przebojów na pomarańczowym debiucie. Aż chce się przywołać cytat ze Smarka "nie ma tu przeboju, ale jest szczery dźwięk", bo nie znajdziecie tu dance-wonder-funkowych podrygów z "Pyramids", ekstatycznych refrenów "Sweet Life" czy soczystych groove'ów "Monks" – cały akcent został przeniesiony na stonowanie, minimalistyczne, podszyte kruchym patosem jamy w stylu "Pilot Jones", "Thinkin' 'Bout You" czy "Pink Matter", które wtłoczono w rwaną, oszczędną, bratającą się z lo-fi'owo-teksturowym eksperymentem i folkową parabolą poszewkę. Jeśli zaś chodzi o teksty, Blonde ogniskuje się wokół kwestii "uczucie, które łączy serca dwa / choroba duszy, przyciąganie ciał". To osobisty autoportret zagubionego w "wielkim świecie" Franka, który otwarcie opowiada o utraconym dzieciństwie, swoich intymnych relacjach, pragnieniach, samotności czy o randce w ciemno w gay barze, a pod koniec zastanawia się, czy może nie lepiej porzucić rolę gwiazdora i zostać normalsem z dwójką dzieci. I jak łatwo się domyślić, "ludzie żyją tym" – odważne, "szczere do bólu" wyznania zapewniają albumowi sukces z miejsca, a strona muzyczna niejako schodzi na drugi plan (wniosek z recepcji wydawnictwa), zwłaszcza, że dziennikarze lubią pisać o seksualności Oceana, poza tym trochę trwało powstawanie płyty, potem była cała akcja z visual albumem Endless, klip do "Nikes", zmiana tytułu, wyjaśnienie "I got two versions. I got twooo versions…", zin z wierszem o frytkach wiadomo kogo, a na końcu odejście z Def Jam i "streaming wars" − jest o czym pisać.

Ale mnie właśnie bardziej interesuje ta muzyczna strona. To mimo wszystko dość wymagająca płyta zaprojektowana jako dźwiękowy komunikat. Podtrzymując opozycyjną analogię do Kanye, Blonde to skryty w kącie, przygaszony rewers The Life Of Pablo – stworzona przy pomocy celebrycko-mainstreamowo-niezalowej śmietanki (wszyscy widzieliście tę listę, prawda? Bowie tam trochę lol), posiłkująca się sporą liczbą próbek (Bitle, GoF, Rundgren, Elliott Smith, Wonder − grubo), poszatkowana, zmienna narracja utkana na motywach wielkomiejskiego r&b. Z tą tylko różnicą, że kolaże u Westa wybuchają jak związki w reakcji chemicznej, a oceaniczna mieszanka robi wrażenie nieco skrępowanej i niepewnej.

Singlowy "Nikes" to snujący się monotonnie opener ze spitchowanym wokalem Franka, "Pink + White" po raz kolejny udowadnia, jak bardzo niedocenieni są Foreign Exchange, "Solo" z Rundgrenowską podkładką zbyt mocno przypomina wypuszczony niedawno Coloring Book, zanim w drugiej części "Self Control" na moment obudzi się namiastka nowego długograja braci Aged, Ocean posmęci trochę na tle akustycznej gitary, a w "White Ferrari" z ambientowo-lynchowskich intrem (patrz soundtracki Badalamentiego) przebierze się za rasowego śpiewaka, któremu mam ochotę powiedzieć "daj pan spokój". Chimeryczność to chyba największa słabość Blonde. Nawet jeśli Frank ma niezłe skille w romantycznym pieśniarstwie, czasem potrafi błyskotliwie zestawić zapadające w pamięć cymesiki i jego melodyjki są całkiem przyjazne, to innym razem popada w nieznośny patos, wałkuje nudny sam w sobie motyw albo kleci coś, co da się skwitować mętnym "ok", "spoko", "FAJNE", co trochę wynika z faktu, że AUTOR Nostalgia, Ultra nie jest zjawiskowym songwriterem, czyli mówiąc inaczej, chwilami mamy tu ZA MAŁO GRY Z KIJA. I tak nawiasem mówiąc: osobiście odpuściłbym sobie te skity – wiem, spajają narrację, ale PRZEKAZ "Facebook Story" SebastiAna (skąd Ocean nagle wytrzasnął tego kolesia) jest trochę tani i spóźniony − mamy już 2016 rok, a zamiast "Be Yourself" można by zsamplować klasyczne "zalegalizować marihunaen? a komu to potrzebne" i od razu zrobiłoby się lżej na duchu.

Co by jednak nie mówić, w kilku indeksach słychać dużo wyczucia połączonego (w różnych proporcjach) ze sporą dozą kreatywności. "Ivy" brzmi jak ogołocony z efektów szkic songu z Currents, skąpany w odrealnionym klimacie przywołującym Felt Mountain (te piszczałki jak z "Pilots"; btw, to w tym numerze Kendrick coś tam nieśmiało dopowiada) "Skyline To", CZTEROCZĘŚCIOWE (I – demówka The Field z okolic Looping State Of Mind; II – syntezatorowa droga mleczna z obezwładniającym vocal hookiem; III – krótkie interludium brzmiące jak elektryczny Derek Bailey coverujący Reicha i IV – wariacja na temat intra "Swimming Pools (Drank)" z powracającym hookiem) "Nights", zaczynający się w centrum cyklonu "A Day In The Life", śmigający na junglowym loopie i wsparty chórem dzieciaków "Pretty Sweet", blake'owo-arcowy, niemający nic wspólnego zarówno z Wonderem jaki i Carpentersami, drobiazg "Close To You" i wreszcie mój osobisty hajlajt, break-upowy "Seigfried", gdzie shoegaze'owo-kontemplacyjna łagodność zderza się ze greenwoodowskim hokus-pokus, a pod koniec, już po cytacie ze Smitha, chyba ze swoim arsenałem rozłożył się Basinski, który rozciąga w czasie taśmę z "Reckonerem" RH. Hmm hmm.

Są tu też zwracające uwagę cząstki, tudzież "momenty", jak duchowa gracja, z jaką Beyoncé wskakuje w zwieńczenie "Pink + White", ostatnia minuta "Godspeed" czy pierwsza połowa "Futura Free", ale nawet po zsumowaniu wszystkich jasnych punktów z Blonde nie powstaje klasyk srogo kruszący ten niezbyt porywający rok. Ocean może i powiedział wszystko to, co chciał powiedzieć, ale nie zawsze potrafił dobrać czy stworzyć odpowiedni język dźwięków. Ale na sofomorze nie jest on już tym samym kolesiem, który nagrał "Novacane" i ORANGE, ale gościem, który próbuje działać w bardzo ambitnym, chyba jeszcze nie do końca odkrytym terytorium nowoczesnego popu. Zatem Blonde trzeba rozpatrywać w kategorii pierwszego udanego, ale jeszcze bardzo nieśmiałego, kroku na tej frapującej ziemi.

Tomasz Skowyra    
27 sierpnia 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie