RECENZJE

Foxygen
We Are The 21st Century Ambassadors Of Peace & Magic

2013, Jagjaguwar 5.9

Najcelniej o zawartości drugiej płyty Foxygen mówi sam tytuł, odsyłający do określonego zestawu pojęciowego, a jednocześnie ironiczny przez swoją pozorną, megalomańską pompatyczność. "Peace and Magic“, tandetna zbitka wyrazowa trafiająca w pustkę, naiwny archaizm, rzecz zupełnie nie do wyobrażenia w XXI wieku i ho, ho, "ambasadorowie“, tyle pretensjonalności można zmieścić w tytule jednej płyty.

Przeszłość jako konwencja stała się w ostatnich kilkunastu latach, bardziej chyba niż kiedykolwiek, dominującą kategorią estetyczną, bezpieczną przystanią umożliwiającą ucieczkę od odpowiedzialności za brak nowoczesnej wizji. Oczywiście, (prawie) wszyscy to akceptujemy. Nawet jeśli chciałoby się krytykować zachowawczy charakter muzyki pop XXI wieku, którą w latach 60. wyobrażano sobie zapewne jako muzykę świata umożliwiającego turystykę kosmiczną i kolonizację nowych planet, to jednak ciągle słuchamy płyt komentujących przeszłość, nawiązujących do minionych dekad, wręcz wiernie odtwarzających je.

Takie właśnie jest tło, nie tylko dla muzyki Foxygen, ale, by ograniczyć się wyłącznie do obecnej dekady, projektów w rodzaju Tame Impala, wykonawców skupionych wokół wytwórni Craft Spells, Violens, wszelakiego (neo) shoegaze'u, (neo) psychodelii, (neo) post-punku, na (neo) prog rocku kończąc. Umieszczanie takich płyt na listach rocznych jest w końcu wyrazem bezsilności i akceptacji reguł gry, według których dobrze napisana piosenka znaczy więcej niż prowadzący donikąd eksperyment, zwłaszcza, gdy eksperymenty przestają w jakikolwiek sposób inspirować.

We Are The 21st Century Ambassadors Of Peace & Magic jest w tym kontekście idealnym dzieckiem swoich czasów. Foxygen czerpią z historii muzyki pełnymi garściami. Rolling Stones, Al Stewart obok Velvet Underground, Mamas & the Papas, Led Zeppelin, The Zombies i Bowie. Wszystko, co warto przywołać, żeby być cool. I w ogóle produkcja, to lekko obskurne brzmienie, na tyle ostrożne jednak w swojej archaiczności, by nie odstraszyć nikogo. Okazjonalny hałas, który hałasem nie jest, okazjonalne wybuchy, ścianki, bo nie ściany dźwięku, a poza tym, jakby od niechcenia, całkiem ładne piosenki. Aseptyczna psychodelia bez stymulantów, ale z pewnym urokiem, “peace and magic“ w XXI wieku.

Naśladownictwo jakie cechuje Foxygen jest jednak dość interesujące, ponieważ całość wydaje się nosić potencjał niepozornej karykatury, inteligentnego psychokabaretu i tym bardziej wyrafinowanej gry ze słuchaczem, im bardziej słuchacz jest uważny. Refren w "Shuggie" ociera się o kicz, dopóki kicz nie zostaje rozbrojony ("I begin and I begin, and I…”), kontrolowane "szaleństwo” w końcówce "Oh Yeah" zostaje uprzednio zapowiedziane ("freak out!”). A na koniec ”la la la la”, jakiś bełkot wygłoszony nieznoszącym sprzeciwu proroczym głosem, muzyka dla mam i finał bezczelnie pod Abbey Road (wiadomo, że nie robi się takich rzeczy). Z drugiej strony, w jakiś sposób wzruszające ”No Destruction” z dylanowską goryczą i luzactwem Lou Reeda z okolic Transformer, zwiewność melodii w ”San Francisco”, momenty, które zdecydowanie domagają się poważniejszego odbioru.

Foxygen przypominają bardziej Of Montreal niż Tame Impala, podobnie jak Barnes są bardziej zdystansowani wobec źródeł niż Kevin Parker cytujący z powagą Led Zeppelin i Rundgrena. Nie może być mowy o ”peace and magic”, chyba, że będzie to ”peace and magic” w XXI wieku, czyli oksymoron, niespełniające się puste zaklęcie, żart, który bawi przez chwilę zanim nadejdzie poczucie zażenowania. Co nie oznacza, że nie możemy przez moment poudawać, że jest inaczej.

Piotr Gołąb    
10 lutego 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy