RECENZJE

Four Tet
Ringer

2008, Domino 3.5

Nie wiem czego chłopak poszukuje, ale z roku na rok coraz bardziej w tych poszukiwaniach zatracając się, odpływa ze swoją konsoletą od dobrej muzyki. Oto Ringer czyli cztery kompozycje bez sensu. Nadal z przewagą rytmu nad melodią i nadal niekonkretne. Tu o wprowadzenie w stan transu chodzić by mogło. Tak domniemywam bo jak w otwierającym utworze w siódmej minucie wałkowany od początku motyw przygasa to zaraz potem z ciszy wyłania się znowu. I właściwie tak to się dzieje przez cały minialbum. Ringer – nazwa bardzo trafna, biorąc pod uwagę syntetyczne irytujące zgrzyty jakie rządzą jego połową – to w ogóle najlepsza ćwiartka dzieła, ale to przede wszystkim dlatego, że jest pierwsza. Jeszcze potrafię wyczuć tu jakiś pomysł na dźwięki i strawne to, choć dziesięciominutowość jest zupełnie bez sensu. Natomiast im dłużej tym gorzej.

Nowy album nie jest już tak strasznie matematyczny jak Everything Ecstatic. Hebden nawet odrobinę nawiązuje do lat świetności i surowe rytmy zmiękcza rozmaitymi plamami przypominającymi wycinki Rounds. Sęk w tym, że nawet jak te utwory opierały się na ciekawszych motywach to i tak nie wytrzymałyby rozdęcia czasowego. Surowca za mało po prostu. I jak zawsze – należy doceniać próby warsztatowe Hebdena, jego nieustanne poszukiwania kamienia filozoficznego, ale Ringer nie był wart czekania, nie jest wart dłuższego opisywania i bardzo silnie przypomina skradzioną demówkę i nie wiem czemu ma służyć.

Filip Kekusz    
12 maja 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie