RECENZJE

Four Tet
New Energy

2017, Text 7.0

Nowa energia... Nowy świat, nowe futuryzujące dworce, programatory, giełdowe wykresy, tabletki na potencje i newsy o Maliku na Glamrapie. Są jeszcze nowe zadymione kluby i nowa muzyka, a z nimi nowy Four Tet, jak "nowe" Gwiezdne Wojny. Heh, to zbyt oczywiste, aby bawić się w niezobowiązujące słowne utarczki z tytułem, wiedząc po kilkukrotnym przesłuchaniu, że nowa energia, nowe "przebudzenie mocy" i teoretycznie nowy wspaniały dźwiękowy świat nie przysporzy nam równie radykalnej rewolucji.

Ale my przecież chcemy – posługując się językiem sfrustrowanej młodzieży – nowych miejsc, a ja chcę tylko ładnych melodii oraz przestrzennych, jeszcze ładniejszych wyobrażeniowych krajobrazów będących łagodną wprawką pod wieczorne pranie – próbując wyrwać się z powszechnej trywialności, igrając sobie za pomocą dźwięku i cyklicznych ruchów bębna z "Patosem Rzeczy" – ot tak, bo se mogę. I teoretycznie nie byłoby z tym wszystkim problemów – z przetrawieniem materiału, z zaklepaniem oceny, i z dobijającym ucho wirującym praniem w tle, zwłaszcza jeśli cały New Energy zdaje się być naturalnie stworzony do tego typu zabawy. Ale pomimo stworzonych sterylnych warunków odpowiadających tego typu odsłuchowi, w krótkim czasie dochodzi do nas to, przed jak wielometrowym murem stawia nas Four Tet. I tak, jest to jedna z tych dziwniejszych płyt, której dziwność nie tkwi w strukturze budowania wszystkiego wokół śmiałych alternatywnych rozwiązań, ale na dziwności pochodzącej z irracjonalnej niedostępności, którą nawet metaforą ciężko złapać – bo przecież nie ma tu żadnego przeładowania efekciarstwem czy fetyszyzowania i rzucania skomplikowanymi rozwiązaniami technicznymi – a pomimo tego, wciąż, przedarcie się przez wszystko, zwłaszcza na starcie, staje się jakąś paradoksalną katorgą.

Zła płyta? Mógłbym tak napisać, w szczególności po pierwszym spędzonym z nią sam na sam odsłuchu, z którego pozostała tylko świadomość obcowania z pozbawionym inwencji, mało interesującym downtempo wyzutym z naturalnego dla Hebdena żywego instrumentarium w imię zwiększonej roli generycznych, czysto IDM-owych tracków. Jednak to, w jakim stopniu przez wewnętrzną subtelność ten materiał zyskuje z każdym i z każdym kolejnym odsłuchem, staje się jedną z ciekawszych anomalii, z jakimi miałem ostatnio do czynienia. Bo naprawdę, nie kumam fenomenu, w którym tak chwytliwy moment jak wybitny w swojej prostocie "Daughter", stojący śmiało w polu bycia kandydatem do topu tego roku, przemija sobie beznamiętnie obok. O tym, co się na hipnotycznym "Lush" czy "Scientists" dzieje nie muszę chyba wspominać. Single zresztą już znacie – umieszczone w strukturze płyty wypadają jeszcze lepiej.

Więc mając to z tyłu głowy tym bardziej boli wiedza, że gdyby nie ten obowiązek, wewnętrzne zmuszenie i paralizator nad głową, to całość natychmiastowo zostałaby skreślona z odsłuchowej listy. Co zresztą przez wielu z każdym dniem jest czynione i czemu z całej siły, jako świadome i dojrzałe społeczeństwo, musimy dać aktywny opór, wiedząc doskonale jak ciężkim i męczącym przeżyciem Nowy Four Tet jest. Ten poświęcony mu czas zwraca się ze skrajną nawiązką, miejscami wprost jakościowo wpadając w dobrze znane rejony jego najlepszych albumów. I w takim kontekście tytuł nabiera sensu. Nowy album, stary Four Tet, nowa/stara energia – w końcu jest dobrze.

Michał Kołaczyk    
16 października 2017
BIEŻĄCE
John MausScreen Memories
Tame Impala"List Of People (To Try And Forget About)"