RECENZJE

Fort Romeau
Kingdoms

2012, 100% Silk 6.4

Szczerze, to nienajgorzej się dzieje w deep housie AD 2012. Do świetnych tegorocznych wydawnictw Talabota i Blondes dołącza teraz Fort Romeau. No dobra, dołączył już jakiś czas temu. Długi czas temu. Ale opóźniałam to pisanie, bo słońce. Wtedy nie było, teraz jest. Bo chociaż produkcja na Kingdoms częściej bierze nas na dystans, niż zaprasza do kolorowej niczym frisbee, nieskrępowanej radochy, to jest to dystans rodem z lookbooków mody plażowej, klasa lux, jakość pierwsza, gdzie modelki o nienaturalnie nienagannych figurach i w nienaturalnie niebanalnych pozach wysmarowane są czymś takim srebrnym, ''rozświetlaczem'', jak to się mówi fachowo u nas w branży piękności; a słońce świeci tak intensywnie, że rozlewa po fotograficznym świecie chłodną fluorescencyjną powłokę, chociaż tak naprawdę robi to za nie Photoshop. I ten kontrolowany chłód, na poły powściągliwy, na poły hedonistyczny, wyjątkowo dobrze komponuje mi się z majowym światem przedstawionym, kiedy od wakacyjnego chillu dzieli nas już niby tak niewiele – żelbeton, szyba PCV i Obowiązki.

Debiut Mike’a Norrisa przynosi wytchnienie. Tak po ludzku. Gdy odtwarzacz wypluje czasem coś pojedynczego z Kingdoms, to cieszę się z istnienia funkcji ''szufle''. I mogę nawet nie mieć ochoty na całość, może wystarczyć mi losowe pięć minut tej przyjemnej bryzy, by nałapać jej na zapas i włożyć trochę do kieszeni na potem. Taki zwiastun lepszych czasów, zawsze na wyciągnięcie ręki. Ale to ja. Moje chujowe życie, moje od niego odskocznie. Przydałyby się konkrety, jakaś treść cokolwiek sensowna. Tyle tylko, że nie znam tytułu żadnego kawałka na tej płycie. Żadnego nie repetowałam. Żadnego nie zapamiętałam bardziej niż pozostałe. W ogóle tak jakoś trudno je zapamiętać.

Norrisowi nie można jednak odmówić wprawnej ręki – tam popisze się eleganckim klawiszem, tu dorzuci chwytliwy wokal z hasełkiem, które mówi i wszystko, i nic, gdzie indziej jeszcze zakomunikuje światu, że lata 80-te są w porządku, a całość wrzuci na konsekwentnie oszczędne 4x4. I trudno nie odnieść wrażenia, że w teorii brzmi to bardziej jak pasztet Profi, niż wprawna ręka, bo nie są to bynajmniej środki, których do dyspozycji nie miałyby dziesiątki innych producentów. Kingdoms to nie rarytas z najwyższej półki. Ot, rzecz do posłuchania w tramwaju wiosenną porą. Może więc wypadałoby zjechać z oceny, ale patrz wyżej. Nie mogę. To jest jednak moje chujowe życie i moja od niego odskocznia. Norris z tych przeciętnych elementów posklejał bowiem brzmienie, które ewokuje zbyt dużo nieprzeciętnych fragmentów rzeczywistości, żebym mogła go teraz przesadnie ganić. “Everytime I wake up and go out/There’s always music”. Czasem jest też Fort Romeau. I wtedy jest fajnie.

Luiza Bielińska    
21 maja 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy