RECENZJE

Forest Swords
Engravings

2013, Tri Angle 7.1

Engravings dowodzi, że aleja im. G. Skawińskiego nie jest li tylko drogą ku śmieszności i publicznemu wsuwaniu KFC (szukałem tego zdjęcia z Faktu, opublikowane w którymś z wydań między grudniem 2008 a początkiem marca 2009, to chyba nawet rozkładówka była, Grzegorz jadł kubełek, "jak zwykły człowiek" głosił podpis), ale może też doprowadzić do artystycznego sukcesu. Matthew Barnes od trzech wydawnictw okazjonalnie jedynie wychyla nos poza wąską niszę, w wywiadach przyznaje, że nie słucha za wiele muzyki i jest przygłuchy. No, piszczy mu w uchu, ale przez to mniej dźwięków do niego dociera. Obaj bohaterowie są więc do siebie uderzająco podobni, a jednak na pierwszym pełnoprawnym długogrającym krążku Anglika nie słyszałem ani razu refrenu "I will not forgiiiiive you! Another time!". Co nie znaczy, że go nie było, bo z odcyfrowaniem jego wokali poradzić sobie trudno, tak są poukrywane za rozmaitymi teksturami, ale o tym za chwilę.

A skoro już podpromowaliśmy nieco lidera KOMBIIIII (pamiętaj, Grzegorzu, że najlepiej wypływa się na hejcie, tak piszą mądrzy ludzie), to jedno konkretne zdanie: Engravings przy pierwszym przesłuchaniu można opisać mniej więcej tak, jak zrobiliśmy to z Dagger Paths trzy lata temu, tylko z większą aprobatą. Surowiec się nie zmienił – nierzadko najpierw dostrzegamy leniwie brzdąkającą gitarę, potem nietypowe, ale wciąż żywe instrumenty, a syntetyki dopiero na końcu. Nie zmieniła się, szeroka jak cholera, strefa wpływów. Atmosfera balansuje na granicy piękna i koszmaru. Do tego "rytualność" motywów, przy których zatracić się można w środku nocy, przy ognisku, z samplerem na baterie. Ale te trzy lata jednak się wydarzyły, wszystkie składniki dojrzały, nabrały mocy i odcieni.

Dagger Paths atakowało od pierwszej do ostatniej sekundy – wszystko było tam w opór gęste, intensywne. Jakby niezbyt pewny siebie, Barnes od razu wykładał karty na stół, a potem naszą głowę i tłukł nią o blat. Teraz jednak nabrał ogłady i daje nam odetchnąć. Pierwsze, co zwraca uwagę, to rozrzedzenie kompozycji – kawałki dojrzewają spokojnie, zanim nabiorą prawdziwej mocy. Czasem przez włączanie kolejnych motywów, czasem przez ubarwianie głównych wątków klimatycznymi plamami. Nie mówię o tak oczywistym wyborze fragmencie jak "The Gathering", które rozpoczyna się od dwóch przyciętych sampli, drobnych klocków w finalnej strukturze, ale nawet singlowe (HA!) "The Weight Of Gold" pięknieje powolutku, choć ryje banię od początku. Barnes nazbierał chyba dziesiątki wspaniałych motywów i dźwięków, żongluje nimi z ogromną wprawą tak, że nie daje nam się przyzwyczaić nawet do tych najbardziej chwytliwych.

No i to, co może być najważniejsze – widząc Forest Swords w 2012 na OFFie, byłem zaskoczony, jak znakomicie się do tej muzyki podryguje. Barnes najwyraźniej postanowił wykorzystać potencjał, który tkwi w jego środkach wyrazu. Engravings ma momentami dubowy posmak i choć bardzo lekki, to jednak buja w wielu momentach. Kulminacją tej nowej, zaskakującej wciąż, strony albumu jest finałowe "Friend, You Will Never Learn", dość dobra wiksa nawet, gdyby było wystarczająco duszno. Czy to jest jakiś kierunek na przyszłość? Poczekam cierpliwie do 2016.

Hej, i wiemy, że ten tekst większości z tu obecnych się nie przyda (choć może ktoś nie nadrobił jeszcze braków), ale przynajmniej ani razu nie napisałem słowa "las".

Filip Kekusz    
20 listopada 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie